(Oto wykaz wszystkich
stron z TEGO serwera, w zestawieniu językowym - w 8 językach.
Wybierz interesującą Cię stronę manipulując suwakami, potem kliknij
na nią aby ją uruchomić:)
(Ten sam wykaz daje się też wyświetlić
z "Menu 1" poprzez kliknięcie tam na
"Menu 2".)
Oto wykaz wszystkich moich stron
ze wszystkich serwerów. Strony te najpierw zestawione są językami
(tj. jako strony po polsku,
angielsku, niemiecku,
francusku, hiszpańsku,
włosku, grecku, oraz
rosyjsku.) Dla każdego zaś języka strony zestawione
są przedmiotowo.
Wybierz interesującą Cię stronę manipulując suwakami, potem kliknij
na nią aby ją uruchomić:
(Ten sam wykaz daje się też wyświetlić
z "Menu 1" poprzez kliknięcie tam na
"Menu 4".)
Witam na stronie o historii i niezwykłościach
Wszewilek spod dolnośląskiego miasta Milicza:
Gdyby ktoś nam opowiedział
o miejscu na Ziemi, które jest tak niezwykłe, że wypełniają się
w nim marzenia - jeśli tylko spełniają one określone warunki
(np. są wystarczająco silne aby pamiętało się o nich 50 lat
później), oraz że zachodzące w nim zmiany reprezentują symboliczną
esencję wszystkiego co dzieje się w promieniu do kilkudziesięciu
kilometrów od niego, zapewne uważalibyśmy to za bajki. Tymczasem
miejsce takie faktycznie istnieje. Nazywa się
Wszewilki.
Leży ono około 1 kilometra według "lotu sroki" na północny wschód
od małego miasteczka
Milicza
z południowo-zachodniej Polski. Ja się w nim urodziłem. Spowodowało ono
że wszystkie moje istotne i realne marzenia się wypełniły. Także istotne
i realne marzenia ludzi których znałem, też ono zrealizowało. Na pierwszy
rzut oka wygląda ono ogromnie "normalnie". Jednak jeśli mu się
przyglądnąć dokładniej, nawet owa jego normalność jest niezwykła
- ponieważ wynika ona z faktu, ze miejsce to symbolizuje sobą
esencję wszystkiego co się dzieje w promieniu do kilkudziesięciu
kilometrów od niego. A niemal wszystko co obecnie się tam dzieje
wygląda przecież "normalnie".
Niniejsza etniczna strona internetowa
zawiera opowieść o owej niezwykłej wsi Wszewilki,
a bardziej ściśle, o jej miniaturowym chociaż
historycznie najstarszym fragmencie, obecnie
oficjalnie nazywanym podwójnym słowem
"Wszewilki-Stawczyk" (kiedyś nazywanym
"Stawczyk", wcześniej "Wszewilki", przedtem
"Cegielnia", jeszcze wcześniej "Neo-Steffitz", itp.).
Ponadto strona ta wskazuje linki do innych
stron posiadających z nią związek tematyczny.
Najważniejsza z tych tematycznie związanych
stron to
wszewilki_milicz.htm.
W swoim punkcie #8 opisuje ona "szlaki wędrowne"
w obrębie i wokół
Wszewilek.
Szlaki te umożliwiają skoordynowane zwiedzenie
najważniejszych z opisywanych tutaj miejsc i
obiektów tej wioski. Inna też tematycznie związana strona to
wszewilki_jutra.htm".
Opisuje ona moje marzenia na temat przyszłego
rozwoju i charakteru Wszewilek.
* * *
Przytoczmy teraz kilka danych na temat
Wszewilek. Wieś ta w prostej linii leży około
1 kilometra na północny-wschód od małego
Dolno-Śląskego miasteczka
Milicza.
Jednak pomiędzy nią a Miliczem znajduje się
niewielka rzeka o nazwie "Barycz" - widoczna
na zdjęciu satelitarnym Wszewilek pokazanym
w następnym paragrafie. Stąd, jeśli ktoś zamierza
do wsi tej wędrować z Milicza, wówczas zmuszony
jest podążać drogą okrężną przez jedyny most
drogowy w okolicy, co zajmie mu około 3 kilometry
drogi. Wszewilki są ogromnie starą wsią. Prawdopodobnie
jedną z najstarszych ze wsi ciągle istniejących w Polsce.
Faktycznie to są one tak samo stare jak byłe
grodzisko Milicza, zaś nieporównanie starsze
od dzisiejszego (murowanego) miasta Milicza.
Jako podgrodowa kolonia rolniczo-produkcyjna Wszewilki
istniały już bowiem w czasach kiedy dzisiejszy
murowany Milicz nie zaczął nawet być budowany.
(Grodzisko Milicza podobno jest tak stare jak
Biskupin czy jak piramidy egipskie). Tyle że do
jakichś około 1000 lat temu Wszewilki nie
posiadały własnych stałych mieszkanców,
a jedynie tymczasowe zabudowania gospodarskie. Wszyscy bowiem ludzie pracujący
na polach z terenu obecnych Wszewilek, aż do około 1000 lat temu wieczorami
wracali do grodziska Milicza gdzie spędzali noce. Wszewilki zawsze były wsią
wolnych ludzi. Jako takie zawsze były też znacznie zamożniejsze i znacznie
okazalsze od innych wsi. Jednak od jakichś 200 lat
"szatańscy UFOnauci"
zawzięli się na Wszewilki i zaczęli z jakichś powodów "spiskować" przeciwko tej wsi
wolnych ludzi. Najpierw spisek ten spowodował, że w 1875 roku owa starodawna
wieś Wszewilki przecięta została przez sam środek swojego "ryneczku" na dwie
połowy linią kolejową z Milicza do Krotoszyna. Sam zaś ryneczek, a wraz z
nim wszewilkowska pradawna karczma i kościółek, zamienione wówczas zostały
w ogromny dół w ziemi. Jednocześnie wytoczono nową drogę przez wieś, co
spowodowało stopniowe usunięcie całej dawnej zabudowy Wszewilek. A zabudowa
ta była ogromnie interesująca, bowiem w toku dziejów Wszewilki dopracowały
się swojego własnego, unikalnego stylu architektonicznego. Styl ten
prawdopodobnie później został skopiowany od Wszewilek przez akademicko
edukowanych architektów i upowszechniony po całym świecie, gdzie obecnie
jest on znany pod angielską nazwą "tudor" - patrz zdjęcie #8 z tej strony.
(W Polsce jest on znany pod popularną nazwą "mur pruski" - jako że w
czasach kiedy stał się on popularny, Wszewilki stanowiły już część Prus.)
Tyle że zasługi za wynalezienie tego stylu wcale nie przypisuje się Wszewilkom.
W jakis czas potem, przy drodze do starego wszewilkowskiego młyna wodnego na Baryczy postawiono
nowy młyn elektryczny. Ten nowy młyn stopniowo odebrał klientów staremu młynowi
wodnemu Wszewilek, jaki wspierał tą wieś swoją pracą przez ostatnie około 1000
lat. W ten sposób doprowadził on stary młyn do bankructwa i ruiny. Nawet nazwa
i energetyczna jedność owej wsi zostały wówczas zaatakowane. Metalowe
tory owej linii kolejowej, zgodnie z twierdzeniami Chińskiego "feng shui",
przecinają i dzielą naturalne przepływy energii "chi" jak ostrze noża. Ostrze
to przepołowiło więc dawne Wszewilki na dwie odrębne części. Wszystko też co
leży po obu stronach tej linii kolejowej nie może już obecnie być nazywane
taką samą nazwą, a musi używać odmiennych nazw. Począwszy więc od owego
czasu, administracyjnie obie te części dawnych pojedynczych Wszewilek
rozpatrywane są już oddzielnie jako dwie odrębne wsi, jakie noszą odmienne
nazwy, jakich losy toczą się już innymi torami, itp. Obie owe części obecnie
nazywają się "Wszewilki", oraz "Wszewilki-Stawczyk". Stąd ja poniżej też używam
dla obu tych części obecnych oficjalnych nazw "Wszewilki" oraz "Wszewilki-Stawczyk".
Niestety, owa odrębna nazwa dla najstarszej części omawianej tutaj wioski (tj. dla
dzisiejszych "Wszewilek-Stawczyka"), jest jakaś pechowa. (Wszakże symbolizuje
ona wszystko co dzieje się w promieniu do kilkudziesięciu kilometrów od owych
"Wszewilek-Stawczyka".) Po prostu uparcie odmawia przyjęcia się. (Czyżby
los kazał jej odczekać z definitywnym zaaprobowaniem swej nazwy, aż będzie
mogła być nazwana moim nazwiskiem, przykładowo jako "Pająkowo" czy
"Pajakville"?) Od 1945 roku była więc zmieniana aż kilkakrotnie. Przed wyzwoleniem
i podczas wojny wioska ta ciągle należała do Prus (Niemiec) i dlatego nazywała się po
niemiecku "Neo-Steffitz", czyli jakby "nowa wersja" pobliskiego "Steffitz" ("Steffitz"
to przedwojenna nazwa dzisiejszego "Stawca"), podczas gdy obecne "Wszewilki"
nazywały się wówczas "Ziegelscheune", zaś Milicz nazywał się "Militsch" - po
poprawne tlumaczenia tych nazw patrz strona
genealogienetz.de.
(Faktycznie jednak owe niby Neo-Steffitz są równie starą jak sam Milicz
osadą ludzką, czyli najstarszą wsią w promieniu kilkudziesięciu kilometrów.)
Potem zaraz po wyzwoleniu nazwano ją "Cegielnia". Kiedy jednak przez pomyłkę
zaczęły do niej przybywać ciężarówki zamierzające odebrać cegły z cegielni
w pobliskim Stawcu, przemianowano jej nazwę na Wszewilki. Pod tą nazwą
istniała aż do końca czasów kiedy ja w niej mieszkałem. Niestety, też nie
było to dobre rozwiązanie, bowiem w sensie przepływu energii "chi" stanowiła
ona odrębną wioskę, jednak jej nazwa pokrywała się z nazwą wioski do niej
przyległej. Dlatego kiedy w 1964 roku przeniosłem się do Wrocławia,
nazwę owej mini-wioseczki przemianowano na "Stawczyk". To
spowodowało ponowną konfuzję, ponieważ zamiast do niej, ludzie którzy
zamierzali ją odwiedzić trafiali do pobliskiego "Stawca". W końcu około
1985 roku ktoś wpadł na pomysł aby nadać jej podwójną a więc raczej niewygodną
nazwę "Wszewilki-Stawczyk". Pod ową niewygodną nazwą oficjalnie
istnieje ona aż do dzisiaj. Ja jednak sugerowałbym aby kiedyś nazwać ją
albo "Pająkowo" (aby uhonorować moje polskie pochodzenie z tej właśnie
wioseczki), albo też "Pajakville" (aby przerzucić most pomiędzy miejscem
mojego urodzenia i angielskojęzyczną Nową Zelandią, która reprezentuje
moje późniejsze obywatelstwo, tradycje, oraz kulturę.)
Wszakże owa nazwa zamykałaby wszelkie dotychczasowe problemy.
Nie tylko bowiem ucinałaby ona dalszą konfuzję i doskonale harmonizowała
z nazwą Wszewilki dla wioski do niej przylegającej, ale ponadto nadawałaby
jej unikalną wymowę alegoryczną.
* * *
Dokładną mapę Wszewilek oraz
okolic owej wioski zobaczyć można np. na stronie internetowej o adresie
www.mapapolski.pl/
(po kliknięciu na link wywołujący tą stronę należy wpisać tam nazwę
Wszewilki w okienko "Miejscowość", poczym kliknąć na "Pokaż").
Na mapie tej czarną linią zaznaczony jest przebieg linii kolejowej
która w 1875 roku staranowała miniaturowy ryneczek Wszewilek.
Jak widać z owego przebiegu, linia ta celowo najeżdża na Wszewilki
ze wschodu, zaś po staranowaniu ryneczka tej miejscowości odjeżdża
ponownie na wschód. Tą samą linię kolejową, a także miejsce po byłym
ryneczku Wszewilek, można sobie też oglądnąć na znacznie
dokładniejszym od map zdjęciu satelitarnym Wszewilek, dostępnym
pod adresem internetowym
http://maps.google.com/maps?ll=51.551406,17.286901&spn=0.026010,0.058545&t=k&hl=en.
Tam również wyraźnie widać przebieg linii kolejowej zagięty celowo
ku byłemu ryneczkowi Wszewilek. Kto u licha zaprojektował tak złośliwie
przebieg owej linii kolejowej? Odnotuj również, że wszystkie stawy
widoczne przy samych Wszewilkach uformowane zostały dopiero około 1990
roku (żadnych stawów tam nie było w czasach kiedy linia owa była budowana).
Lokacja tych stawów też została dobrana na tyle złośliwie, aby zalały one m.in.
pozostałości około 1000-letniego młyna wodnego który przez wszystkie
te wieki operował na poprzednim korycie Baryczy właśnie przy Wszewilkach.
* * *
Ja właśnie urodziłem się i wychowałem
w owych "Wszewilkach-Stawczyku" - jak obecnie oficjalnie wioseczka ta jest
nazywana. Mieszkałem w niej w latach od 1946 do 1964. Z tym okresie czasu
zaobserwowane więc lub poznane zostały najwazniejsze fakty raportowane na tej
stronie. Wszystkie też niezwykłości opisane na tej stronie wywodzą się
właśnie z owej wioseczki. Podobnie jak moje strony o
Miliczu i
Wrocławiu,
niniejsza etniczna strona internetowa opisuje ludowe opowieści na temat
historii i ciekawostek Wszewilek-Stawczyka, czyli opisuje co ludzie kiedyś
w tej wiosce mówili, lub w co kiedyś w niej wierzyli. Przytaczając te ludowe opowieści
nie staram się tu weryfikować na ile są one prawdziwe, chociaż jeśli znany
jest mi materiał dowodowy potwierdzający poprawność określonych stwierdzeń,
wówczas materiał ten wskazuję.
* * *
Proszę zwrócić uwagę, że we wsi Wszewilki oraz
w pobliskim mieście Miliczu koordynowany jest
za pośrednictwem internetu cały szereg imprez
które zainteresowanym czytelnikom m.in.
umożliwiają zwiedzenie tych miejscowości.
Sposoby na jakie imprezy te koordynują zwiedzanie
owych miejscowości opisane zostały na odrębnej
stronie internetowej o nazwie
"Wszewilki-Milicz".
Pierwsza z tych imprez już się odbyła w sobotę
dnia 8 lipca 2006 roku (tj. w dniu wyrażanym
łatwą do zapamiętania liczbą "8/7/6"). Nosiła
ona nazwę Zlotu
"Wszewilki-2006".
Raport z analiz jego przebiegu i wyników
udostępniony już został na odrębnej stronie
raport z "Wszewilki-2006".
Z kolei w sobotę dnia 7 lipca 2007 roku (tj.
w dniu wyrażanym łatwą do zapamiętania
liczbą "7/7/7") we wsi tej planowany jest
następny zlot koordynowany internetowo i zwany
"Wszewilki-2007".
Owe imprezy są organizowane co roku przez
zwolenników filozofii zwanej
"totalizm".
Podczas trwania tych imprez koordynowanych
internetowo najważniejszym punktem ich programu
jest właśnie zwiedzanie co bardziej interesujących
miejsc owej wsi - tak jak to opisane zostało w punktach
#8 (lub #9) strony internetowej
"wszewilki_milicz.htm".
(Pełny adres internetowy wskazywanych tu stron ukaże się w okienku adresowym
wyszukiwarki po kliknięciu na ich linki w tekście wyróżniane kolorem zielonym.)
Jeśli więc kogoś zainteresują opisy z niniejszej strony, wówczas proponuję rozważyć
swoje uczestnictwo w którejs z tych imprez. Wszakże będzie to raczej doskonała
okazja do bliższego poznania tej historycznie niezwykłej wioski. Ponadto imprezy
te dostarczą dobrej okazji aby w sposób skoordynowany bliżej zapoznać się ze
wszystkimi atrakcjami i interesującymi miejscami które wioska ta oferuje swym
zwiedzającym. Proszę więc odsyłać na adresy stron
"wszewilki_milicz.htm", lub
"wszewilki_2007.htm",
a także zachęcać do ich przeglądania, tych wszystkich swoich znajomych
i przyjaciół, którzy mogą być zainteresowani w bliższym poznaniu tej niezwykłej
wsi Wszewilki albo pobliskiego miasta Milicza, lub zainteresowani w uczestniczeniu
w ktorejs z owych niekonwencjonalnych imprez internetowych.
#1. Co nam wiadomo o
historii Wszewilek-Stawczyka:
Wszystko zaczęło się od wzmożonego ruchu
kupców, jaki obszar obecnej Polski doświadczył po około 800 roku AD. Karawany tych
kupców podążające tzw. "bursztynowym szlakiem" zatrzymywały się na noc w starym
grodzisku Milicza, obecnie znanym pod nazwą "Chmielnik". Kupcowie z tych karawan
informowali Miliczan co nowego się dzieje w dalekim świecie. Z kolei niektórzy
z ich służby i pachołków, którym pechowo przyszło zachorować w drodze lub zostać
poranionym w licznych wówczas potyczkach z bandytami, pozostawali czasami w Miliczu
na dłużej lub nawet na stałe. Oczywiście, czynili to tylko aby czasowo podleczyć
rany doznane w drodze, czy aby podreperować zdrowie. Jednak los lubi płatać figle
i zatrzymując się na krótko czasami pozostawali oni w Miliczu na całą resztę życia.
Owi przybysze z za morza uczyli Miliczan rzemiosł i umiejętności doskonale wówczas
już znanych na południu Europy. Do owych nowych umiejętności, m.in. należała
umiejętność budowania murowanych miast oraz umiejętność budowania młynów wodnych.
W rezultacie tego napływu wiedzy
i umiejętności, gdzieś po około 900 roku AD Miliczanie ciągle wówczas
mieszkający w prymitywnym grodzisku z drewna i trzciny, zdecydowali się
zbudować sobie murowane miasto z silnymi murami obronnymi. Po jego wzniesieniu
przenieśli się też do niego z dawniej zajmowanego drewnianego grodu
(obecnie "Chmielnik"). Jako budulca do owego nowego murowanego miasta,
używali oni tzw. "rudy darniowej" jaka pozyskiwana była z okolic dzisiejszej
tamy pokazanej na zdjęciu #2. Ruda ta do dzisiejszego Milicza spławiana była
Baryczą. Wznoszone z niej budynki i mury wyglądały tak jak ten pokazany na
zdjęciu #4. Miejsca stałego zakwaterowania silnych pachołków, którzy pozyskiwali
ową "rudę darniową" i spławiali ją do Milicza, dostarczyły zaczątków dla
trwałego osadnictwa ludzkiego, które dzisiaj nazywane jest wsią Wszewilki-Stawczyk
(zaś które ja powyżej nazwałem żartobliwie "Pająkowem").
Wieś obecnie zwana Wszewilki-Stawczyk,
faktycznie jest niemal tak samo stara jak samo grodzisko Milicza. Obecnie liczy
więc ona już kilka tysięcy lat. Przez jednak relatywnie długi okres początkowego
czasu, miała ona formę tymczasowych schronów pastuchów bydła budowanych
na wypadek niepogody. Pastuchowie ci na stałe mieszkali w starym grodzisku Milicza
(tj. w grodzisku "Chmielnik"). Jednak codziennie wędrowali oni ze swymi stadami po
okolicznej dolinie Baryczy w poszukiwaniu najlepszej paszy. Ze względów
bezpieczeństwa, nie mogli jednak oddalić się od swego grodziska na odległość
większą niż zasięg sygnałów dźwiękowych z wieży obserwacyjnej grodziska.
Faktycznie więc miejscem najbardziej oddalonym od owego grodziska, w którym
ciągle wypasali swoje stada, były okolice dzisiejszej wsi Wszewilki-Stawczyk.
Tam też budowali tymczasowe schrony, które chroniły ich w dni niepogody. Dopiero
jednak po 900 AD, kiedy Milicz potrzebował intensywnej robocizny dla pozyskiwania
budulca na swoje mury i domy, owe tymczasowe schroniska pastuchów przekształciły
się w regularną wieś. Wieś ta początkowo rozciągała się wzdłuż drogi z Wszewilek
do Baryczy, która zaraz po drugiej wojnie światowej nazywana była niesłusznie
"drogą na tamę" (faktycznie była ona "drogą do starego milickiego młyna wodnego").
Droga ta istniała aż do około 1990 roku, wiodąc z Wszewilek w kierunku pierwszej
przymilickiej tamy na Baryczy. Obecnie pozostał już tylko niewielki jej fragment,
jaki wychodzi z Wszewilek-Stawczyka i prowadzi "do nikąd".
Przełomowym punktem czasowym
w krytalizowaniu się dzisiejszej wsi Wszewilki-Stawczyk, było zbudowanie młyna
wodnego na Baryczy. Młyn ten działał już zapewne gdzieś pomiędzy latami 900
a 1000 AD. Był on więc najstarszym i jedynym młynem wodnym w okolicach
Milicza, a także najstarszym młynem wodnym w tej części Polski. Stał on w
poprzek starego koryta rzeki Baryczy, w miejscu jakie leży jedynie około 100
metrów na północ od dzisiejszej milickiej tamy na Baryczy. (Od około 1990 roku
miejsce to zostało zalane nowym stawem rybnym, uformowanym na byłym
obszarze historycznym, w którym kiedyś rodziła się dzisiejsza wieś Wszewilki-Stawczyk.)
Kiedy byłem małym chłopcem, w owym byłym miejscu starego młyna ciągle znajdowały
się fundamenty koła wodnego i zastawy wody. Ciągle też istniały tam pozostałości
kanału i stawu w dawnym korycie Baryczy, jakie doprowadzały wodę do owego koła.
Niestety samego koła wodnego ani zabudowań młyna już tam nie było. Ciągle jednak
w pobliżu rosły resztki zdziczałych drzew owocowych które kiedyś porastały pobliże
owego prastarego młyna wodnego z Wszewilek-Stawczyka. Rosły one na obszernej
łące-placu, na którym w dawnych czasach stały kolejki wozów oczekujących na
swoją kolejkę do mielenia przywiezionego zboża na mąkę. Ponadto nadal istniały
tam tzw. "klepiska" po kilku lepiankach zajmowanych przez parobków pracujących
w owym młynie. Istniało też wysokie wzgórze usypane w widłach obu gałęzi Baryczy
rozchodzących się od stawu spiętrzającego wodę dla owego młyna. Na płaskim
czubku owego wzgórza kiedyś znajdował się dom młynarza.
Korzystanie z tego młyna wodnego wymagało
lądowego transportu zboża i mąki. Z kolei sam młyn, a także ludzie którzy przybywali
czasami z bardzo daleka aby z niego korzystać, potrzebowali różnych usług i robocizny,
a niekiedy nawet i noclegu. W ten sposób na terenie dzisiejszych Wszewilek, a ścislej na
skrzyżowaniu głównej drogi wiodącej do owego młyna z Dziadkowa, Pomorska oraz
Stawca, z inną główną drogą która wiodła z Milicza do Sulmierzyc, z czasem powstała
spora wieś. Pomału wieś ta zbudowała sobie własny miniaturowy ryneczek, karczmę z
zajazdem, piekarnię, a później nawet własny kosciół. Wioska owa stopniowo rozrastała
się od tego skrzyżowania we wszystkich kierunkach wzdłuż owych dwóch głównych dróg,
które przecinały się na kształt krzyża mniej więcej w miejscu gdzie obecnie przy torach
kolejowych na Wszewilkach-Stawczyku widnieje centrum ogromnego zarośniętego
krzakami dołu, a ściślej rozległego wyrobiska po piasku zabranym stamtąd w 1875
roku do budowy nasypu kolejowego.
Niezależnie od dostawy mąki i
chleba, z czasem dzisiejsze Wszewilki-Stawczyk przekształciły się również w
rodzaj dostawcy do Milicza wszelkich produktów konsumpcyjnych codziennego
spożycia, takich jak mleko, jajka, kurczaki, warzywa, itp. Można więc
śmiało powiedzieć, że prastara wioska która obecnie nazywa się "Wszewilki-Stawczyk",
faktycznie najpierw zbudowała Milicz, potem broniła Milicza przed
wrogami, w końcu żywiła na codzień mieszkańców Milicza. Nic dziwnego,
że wioska ta oraz jej mieszkańcy bez przerwy rośli w zamożność i znaczenie.
Ponieważ Milicz przez spory okres czasu był miastem należącym do biskupa
wrocławskiego, także wieś Wszewilki-Stawczyk która była żywicielką Milicza,
automatycznie znajdowały się pod ochroną i protekcją owego biskupa.
To jest powodem dla którego Wszewilki nigdy nie miały swojego dworu
ani swojego "szlachcica właściciela". Ich mieszkańcy zawsze pozostawali
ludźmi wolnymi przynależącymi do biskupiego miasta Milicza i na niemal
takich samych prawach jak mieszczanie owego miasta. W przeważającej
też większości owi mieszkańcy byli polskiego (słowiańskiego) pochodzenia.
Ten brak właściciela Wszewilek,
w połączeniu ze słowiańskimi inklinacjami ich mieszkanców, okazał się
w końcu fatalny dla ich istnienia jako kompletnej wioski. Kiedy bowiem około
1875 roku władze pruskie realizowały budowę kolei przez Milicz, ktoś złośliwy
celowo tak zaplanował przebieg tej kolei, że jej tory przecięły miniaturowy
ryneczek Wszewilek oraz ztaranowały prastary kościółek który stał przy owym
ryneczku. Wszystko też co mieściło się przy owym ryneczku, włączając w to
starą wszewilkowską karczmę oraz ów katolicki kosciółek, zostało zburzone
pod pretekstem budowy kolei. Ponieważ zaś grunta na których ów ryneczek
był położony, stanowiły ziemię publiczną, spółka budująca kolej zaczęła z nich
pozyskiwać piasek potrzebny do budowy nasypu kolejowego. W rezultacie,
w miejscu gdzie kiedyś mieściło się historyczne centrum Wszewilek z miniaturowym
ryneczkiem tej wioski i budynkami publicznymi, około 1875 roku powstała
ogromna dziura w ziemi. Do dzisiaj dziura ta straszy przejezdnych, kompletnie
zarosła krzakami. Obecnie można ją oglądać w centralnym miejscu Wszewilek,
tj. na skrzyżowaniu dwóch głównych dróg tej wioski, czyli tam gdzie główna
szosa wsi jest przecięta polną drogą miejscowo nazywaną obecnie "drogą na tamę"
(faktycznie to jest to droga do starego młyna wodnego Wszewilek).
Równocześnie z budową kolei
przez ryneczek Wszewilek, tj. około 1875 roku, dokonano też zmiany przebiegu
głównej drogi tej wioski. Poprzednio przez Wszewilki wiodła piaszczysta i kręta
polna droga, jaka przebiegała w przybliżeniu około 100 metrów na południe
od dzisiejszej najważniejszej drogi przez tą wioskę. Stare położenie tej oryginalnej
drogi do dzisiaj jest wskazywane przez położenie tego jej odcinka, który nawet
obecnie używany jest we Wszewilkach-Stawczyku. Zaraz po drugiej wojnie
światowej, wzdłuż owej starej drogi przez Wszewilki ciągle stały stare budynki
gospodarcze. Wyglądały one nieco dziwnie, bowiem rozlokowane były w
rzędzie w środku pól uprawnych w odległości co najmniej jakieś 100 metrów
na południe od obecnej drogi i zabudowań tej wioski.
W jakiś czas po roku 1900-tnym, we
Wszewilkach zbudowano młyn elekryczny. Usadowiony on został przy nowej drodze
przez wioskę, a ściślej na jej skrzyżowaniu z drogą wiodącą do starego młyna wodnego
na Baryczy. Przez swoje konkurencyjne położenie kuszące wszystkich zdążających
do starego młyna, ten nowy młyn stopniowo odebrał klientów staremu młynowi wodnemu.
Stary więc młyn wodny popadł wówczas w ruinę i z czasem został całkowicie opuszczony.
Jego upadek zmusił z kolei Miliczan do zbudowania nowej tamy na Baryczy, oraz
do uregulowania samej rzeki. Jednocześnie wieś Wszewilki-Stawczyk straciła swoje
historyczne korzenie wyrastające ze starego młyna wodnego na Baryczy.
Dzisiaj Wszewilki-Stawczyk wyglądają
jakby wcale nie miały swojej przeszłości. A wiadomo, że "ten co nie ma
przeszłości, nie ma też i przyszłości". Czy jednak jest tak faktycznie?
Wszakże tak naprawdę to wioska ta posiada swoją przeszłość i to ogromnie
budującą. Tyle, że trzeba aby publikacje takie jak niniejsza strona uswiadomiły
wszystkim jej istnienie oraz niezwykłą wymowę moralną.
Kiedy ukończone zostały prace przy budowie
murowanego miasta Milicza, przestał być
potrzebny budulec jaki liczni robotnicy
pozyskiwali z okolic dzisiejszej "pierwszej tamy" na Baryczy (pokazanej na zdjęciu #2).
Nagle więc się okazało, że istnieje tam cała wioska pełna bezrobotnych parobków.
(Wioska ta reprezentowała prapoczątki tego co dzisiaj stanowi Wszewilki-Stawczyk.)
Aby więc jakoś podtrzymywać swoją przydatność dla Milicza, ludzie zamieszkujący
ową wioskę zbudowali sobie pierwszy młyn wodny na rzece Baryczy. Młyn ten zlokalizowany
był tylko jakieś 100 metrów w kierunku północnym od dzisiejszej tamy na Baryczy
pokazanej na zdjęciu #2. Niezależnie od tego, że młyn ten zaczął dostarczać Miliczanom
mąki, później zaś wyrosłe na jego mące wszewilkowskie piekarnie - również i chleba,
przedsiębiorczy pierwsi mieszkańcy Wszewilek-Stawczyka wymyślili dla niego również
jeszcze jedną funkcję. Mianowicie woda spiętrzana przed jego kołem napędowym
kierowana była do odrębnego koryta, zaś po doprowadzeniu do Milicza uformowała
fosę miejską - czyli dodatkowo broniła Milicza.
W okresie poprzedzającym budowę tego młyna,
a także zaraz po jego zbudowaniu, dzisiejsza wieś Wszewilki-Stawczyk rozlokowana była
wyłącznie w jego pobliżu. Potem jednak się okazało, ze owo zlokalizowanie ma wady.
Mianowicie obszar przy owym młynie wodnym często zalewany był wiosennymi powodziami.
Z czasem przeniesiono więc centrum Wszewilek-Stawczyka na miejsce położone nieco
wyżej, tj. do opisanego już wcześniej skrzyżowania drogi przebiegającej w kierunku
północnym, a wiodącej do owego młyna, z drogą jaka przebiegała w kierunku zachód-wschód,
a jaka wiodła z Milicza do Sulmierzyc. Przy owym skrzyżowaniu zbudowano centrum
Wszewilek. Na centrum to składał się miniaturowy ryneczek owej wsi, przy którym
później stanęła wszewilkowska karczma i zajazd, a jeszcze nieco później również
wszewilkowski kościół z własnym cmentarzykiem, oraz szpichlerz i piekarnia. (Niestety, około
1875 roku, tak jak to opisałem w punkcie #1 powyżej, przez miejsce gdzie ów ryneczek,
karczma i kosciół kiedyś stały, przetaranowała się linia kolejowa. Z kolei samo owo
centralne miejsce Wszewilek zamieniono wówczas w piaskownię z której pozyskiwano
piasek i ziemię używane do budowy nasypów kolejowych.)
Po przeniesieniu centrum Wszewilek-Stawczyka
do obszaru położonego wyżej, przy młynie na
Baryczy zamieszkiwali jedynie bezgruntowi
parobkowie którzy bezpośrednio w nim pracowali.
Lepianki tych parobków przetrwały aż do po około
1900-nego roku, kiedy to ów młyn w końcu upadł i został opuszczony. W czasach
mojej młodości, tj. w latach 1950 do 1960, ciągle po lepiankach tych można było
znaleźć dosyć dobrze widoczne tzw. "klepiska". Ja osobiście pamiętam istnienie
i położenia około 5 takich ciągle relatywnie dobrze wówczas zachowanych klepisk.
Dwa z nich znajdowały się tuż za mostkiem ceglanym przez niedawny rów
odwadniający, który przebiegał wzdłuż krawędzi dawnej doliny Baryczy. Miejsca
ich byłego położenia ciągle istnieją tam do dzisiaj, chociaż same owe klepiska
zostały zniszczone około początka lat 1960-tych. Trzy dalsze takie dobrze zachowane
"klepiska" z dawnych lepianek parobków owego starego młyna istniały przy drodze
dojazdowej już w pobliżu samego młyna. W chwili obecnej ich byłe lokacje zalane
są stawem rybnym zbudowanym tam około 1990 roku. Owe "klepiska" to po prostu
równo uklepane podłogi dawnych lepianek. Były one klepane z gliny i piasku,
czasami z dodatkiem wapna lub nawet cementu. Reszta zaś lepianek budowana
była z materiałów ulegających zniszczeniu - zwykle z tyczek, trzciny i słomy, które
oblepiane były gliną (dokładnie tak samo jak to wyjaśniam w punkcie #8 dla
unikalnego stylu architektonicznego Wszewilek), oraz potem "gacone" ubitą
warstwa wysuszonych paproci leśnych. Po opuszczeniu lub zniszczeniu takich
lepianek, cała ich górna część ulegała zgniciu i rozproszeniu. Jedyną więc
relatywnie trwałą po nich pozostałością były owe równiutko ubite "klepiska"
na ziemi. Kiedy jako nastolatek analizowałem te klepiska, zawsze zastanawiało
mnie jak mało miejsca dawni ludzie potrzebowali na mieszkania. Klepiska
te bowiem zwykle mialy jedynie wymiary około 2.5 metra na 2.5 metra.
Czyli owe lepianki z trudem wystarczały do postawienia w nich jednego
niewielkiego łóżka, małego stołu, oraz być może jakiegoś krzesła.
Młyn wodny na Baryczy
istniał i pracował przez niemal 1000 lat. Oczywiście, w międzyczasie co
jakiś czas był przebudowywany, odbudowywany i ulepszany. Zboże było
do niego zarówno spławiane wodą, jak i dowożone lądowo. Lądowo było
ono dowożone aż dwoma drogami, mianowicie drogą od Wszewilek
(tj. drogą która zaraz po wojnie
nazywaną "drogą na tamę"), oraz jeszcze jedną drogą która dochodziła do
niego od przeciwstawnej strony Baryczy (czyli od Duchowa, Sławoszewic i
Milicza). Obie te drogi łączył razem most przez Barycz, który znajdował się
tylko kilka metrów za kołem wodnym młyna. Dzięki owemu mostowi, tamta
stara "droga na tamę" w dawnych czasach faktycznie była też jedną z dwóch
głównych dróg wyjazdowych z Milicza ku północy Polski. Jednocześnie
była ona też częścią właściwego "bursztynowego szlaku". Przez Wszewilki
przetaczały się wówczas przeładowane karawany kupieckie zdążające z
Milicza, poprzez wsie Wszewilki i Pomorsko, dalej do Cieszkowa, Zdun,
Krotoszyna, w kierunku Gniezna i potem Gdańska. Z kolei jeszcze jedna
droga wybiegająca z Milicza ku północy, przebiegała przez to co dzisiaj
stanowi ulicę Krotoszyńską Milicza, jednak potem zdążała przez centrum
wsi Stawiec, zaś dalej przez Rawicz do Poznania. (Dzisiejsza szosa z Milicza
do Cieszkowa i potem do Krotoszyna, zbudowana została relatywnie późno,
bowiem dopiero około lat 1930-tych.) Odcinek drogi który w owych dawnych
czasach łączył Milicz ze starym młynem wodnym na Baryczy, używany
jest do dzisiaj. Jest on ową drogą dojazdową z Milicza do tamy na Baryczy.
Również i przy tej starej drodze zaraz po wojnie ciągle widniało kilka "klepisk"
ze starych lepianek, a nawet zrujnowane fundamenty jednego większego
budynku.
Dopiero po 1900-nym roku
we Wszewilkach pojawił się groźny konkurent dla starego młyna. Konkurent
ten stanął bowiem tuż przy drodze wiodącej do starego młyna. Każdy więc
kto zmierzał do starego młyna, zwykle dawał za wygraną i zatrzymywał się
przy tym nowym. W rezultacie ten wszewilkowski nowoczesny konkurent
spowodował stopniową utratę klientów przez stary młyn, potem zaś jego
upadek ekonomiczny i popadnięcie w ruinę. Około 1950 roku po starym
młynie pozostały więc jedynie pogniłe fragmenty, które dawały się tylko
rozpoznać i zidentyfikować jeśli ktoś wiedział że poprzednio stał tam
młyn wodny.
Do jakiegoś 1800-nego
roku ten stary młyn wodny na Baryczy był jedynym młynem w okolicach
Milicza. Jego mąka karmiła więc nie tylko miasto Milicz, ale również
wszystkie okoliczne wsie. Dopiero po tym jak w 1797 roku spłonął stary
zamek warowny w Miliczu (po szczegóły patrz strona o mieście
Miliczu)
oraz zbudowany został nowy pałac margrabiego, fragment niepotrzebnej
już wówczas obronnej fosy miejskiej przekierowano tak aby formowała
ona ozdobną rzeczkę w przypałacowym parku. Podczas przekierowywania
owej fosy, m.in. zbudowano na niej jeszcze jeden milicki młyn wodny.
Stąd wszewilkowski młyn na Baryczy zaczął wówczas mieć swego pierwszego
konkurenta w Miliczu i utracił swój wielowiekowy monopol dopiero począwszy
od około 1800-nego roku. W jakiś czas później również kilka podmilickich
wiosek zbudowało sobie wiatraki. Zaraz po wojnie wiatraki takie ciągle istniały,
aczkolwiek już nie działały, w miejscowościach Duchowo i Stawiec. (Zaraz
po drugiej wojnie światowej Stawiec ciągle miał aż dwa takie wiatraki, oba
położone na szczycie wzgórza jakieś pół kilometra na północ od wszewilkowskich
wodociągów pokazanych na zdjęciu #9a.)
Wcale nie przez przypadek rudę darniową
na budowę Milicza pozyskiwano z okolicy w jakiej umiejscowiony jest silny "czakram
Ziemi". Nie przez przypadek również pierwszy prastary młyn milicki był postawiony
dokładnie w miejscu w jakim czakram ten buchał swoją energia "chi". Dawni Słowianie
byli ogromnie czuli na naturalne energie i doskonale zdawali sobie sprawę z wpływu
jaki energie te wywierają na losy ludzi i miejscowości. (To być może dołożyło swój
wkład do faktu, że Milicz zbudowany z brył rudy darniowej pozyskiwanej z okolic
tego czakramu przetrwał w dobrym stanie do dzisiaj, podczas gdy obronny zamek
Milicza zbudowany z cegły pozyskiwanej z innego miejsca, tj. dzisiejszego Stawca,
był w międzyczasie wielokrotnie niszczony i palony.) Czytelnicy którzy zechcą
dowiedzieć się więcej o energii "chi" mogą znaleźć jej naukowe opisy w początkowej
części rozdziału H z tomu 4 monografii [1/4] dostępnej nieodpłatnie za pośrednictwem
"Menu 2" i niniejszej strony internetowej (kliknij tam na link do monografii [1/4]).
Z kolei naukowe wyjaśnienia czym właściwie jest "czakram", zaprezentowane zostały
w podrozdziale I5.3 z tomu 5 owej monografii [1/4]. "Czakramy" są także skrótowo
opisane na stronie internetowej o
Koncepcie Dipolarnej Grawitacji.
Fot. #2: Tama na Baryczy przy Wszewilkach. Od pierwszej
poprzedniczki tej tamy, czyli od prastarego młyna wodnego
Wszewilek, zaczęła się bogata historia tej wioski i jej gospodarczy związek z Miliczem.
Zdjęcie z 2003 roku. To właśnie tylko około 100 metrów na północny zachód od
pokazanej powyżej tamy, już ponad 2000 lat temu pasterze bydła
z pobliskiego grodziska Milicza zaczęli budować pierwsze schroniska
przed pogodą. Późniejsza ewolucja tych schronisk doprowadziła
z czasem do powstania dzisiejszej wsi Wszewilki-Stawczyk. To
także w pobliżu owej tamy mieści się potężny "czakram energetyczny"
jaki rządzi losami miasta Milicza i jego okolicy. Czakram ów emituje
tak silny podmuch naturalnej energii przez Chińczyków nazywanej
"chi", że jej wpływ odczuwają nawet ci najbardziej znieczuleni i
gróboskórni. (Aby odczuć energetyzujący i uspokajający przepływ
tej naturalnej energii "chi", wystarczy na chwilkę przysiąść w pobliżu
powyższej tamy, odłączyć swoje myśli od doznań wzbudzanych
przez nasze zmysły, oraz skupić swoją uwagę na naszych doznaniach
wewnętrznych - czyli jak to się nazywa "przestawić się na odbiór
energii chi".) Przykładowo, właśnie z powodu silnego przepływu
owej energii "chi", nawet w czasach mojej młodości, kiedy nikt
jeszcze nie słyszał o takich rzeczach jak energia "chi", "feng shui",
naturalne "czakramy" Ziemi, medytacje, itp., na powyższą tamę
przybywało mnóstwo ludzi tylko po to aby - jak to wówczas nazywano,
"uspokoić swoje nerwy" (dzisiaj nazywają to "medytowaniem", lub
"nasycaniem ciała naturalną energią chi"). Z powodu takiego
umiejscowienia przymilickiego czakramu Ziemi, cokolwiek dzieje
się w okolicy tej tamy, jest to jednocześnie symboliczną reprezentacją
tego co dotyka miasto Milicz i jego okolice. Ponieważ zaś przepływ
energii w owym czakramie jest sterowany losami wsi Wszewilki-Stawczyk
która z niego historycznie się wywiodła, cokolwiek przytrafia się
owej wsi, jest jednocześnie symboliczną reprezentacją tego co
potem dotyka Milicz i cały obszar rozciągający się na dziesiątki
kilometrów dookoła tego miasta. Powyższa tama położona jest
też jedynie jakieś 100 metrów na południe od miejsca, w którym
pomiędzy latami 900 a 1000 AD zbudowano pierwszy młyn wodny
miasta Milicza. Młyn ten, a także osada robotników którzy go zbudowali
i parobków którzy w nim pracowali, z czasem stworzył zaczątek
miejskiej wsi milickiej obecnie znanej jako Wszewilki-Stawczyk.
Z kolei mąka z owego młyna żywiła i wzmacniała mieszkańców
Milicza oraz jego okolic przez niemal 1000 ostatnich lat.
Pokazana tutaj tama
zbudowana była przez polskich "Junaków" około 1950 roku. Czyli w
chwili fotografowania miała ona już ponad 50 lat. Z uwagi na energetyczne
znaczenie dla Milicza tego co wokoło owej tamy się dzieje, aktualny
stan rzeczy na samej owej tamie, a także w jej okolicach, jest symbolicznym
wyrażeniem stanu rzeczy w samym Miliczu i jego okolicach.
Przed tamą pokazaną
na powyższym zdjęciu, w tym samym miejscu istniała "stara" tama
zbudowana przez Niemców wkrótce po 1900 roku. W chwili więc jej
wymiany na tamę pokazaną na powyższym zdjęciu, tamta stara tama
także miała około 50 lat. Jednak nawet tamta stara poniemiecka tama
na Baryczy nie była pierwszą tamą stojąca w tym miejscu. Począwszy
bowiem gdzieś pomiędzy około 900 a 1000 rokiem AD, jakieś 100
metrów na lewo od obiektywu aparatu wykonującego powyższe zdjęcie,
zbudowany został pierwszy młyn wodny na Baryczy. W sensie
administracyjnym przynależał on do wsi obecnie zwanej "Wszewilki-Stawczyk".
Młyn ten faktycznie był pierwszą konstrukcją jaka spiętrzała wodę
Baryczy do poziomu bliskiego temu jaki widzimy na powyższym
zdjęciu jak spiętrzany jest przez obecną tamę. Faktycznie więc
ów pierwszy młyn wodny Wszewilek-Stawczyka, był jednocześnie
pierwszą tamą na Baryczy jaka stała zaledwie około 100 metrów
na północ od tamy widniejącej na powyższym zdjęciu. Ponadto,
młyn ten rozdzielał rzekę Barycz na dwa koryta i przekierowywał jej
wodę w dwa strumienie. Jedno z owych koryt, tj. "niskie" - czyli to do którego woda
spływała z koła młyńskiego, biegło ku Miliczowi mniej więcej wzdłuż
przebiegu po jakim Barycz płynie i obecnie (aczkolwiek w znacznie
bardziej zawiły i pokręcony sposób). Tamto "niskie" koryto wbiegało
do dzisiejszego koryta Baryczy tylko jakieś 20 metrów z tyłu poza
plecami wykonującego powyższe zdjęcie. Z kolei drugie "wysokie"
koryto Baryczy, jakie odchodziło od stawu przed kołem wodnym
owego starego młyna wszewilkowskiego, biegło pradawnym korytem
Baryczy które obecnie w Miliczu znane jest pod nazwą "młynówki".
Na powyższym zdjęciu owo drugie ("spiętrzone" albo "wysokie")
koryto Baryczy przebiegało wzdłuż linii drzew widocznych za
samochodem po prawej stronie zdjęcia, czyli faktycznie przecinało
ono dokładnie prostopadle obecne koryto rzeki Barycz jakie
widoczne jest na powyższym zdjęciu. (Widoczne tu, obecne koryto
Baryczy, wykopane zostało sztucznie podczas regulacji Baryczy
następującej już po roku 1900-nym.) Owo stare "wysokie" koryto
Baryczy (tj. "młynówka") faktycznie dostarczało wody do fosy
obronnej średniowiecznego miasta Milicza. Można więc śmiało
stwierdzić, że młyn jaki przez niemal 1000 poprzednich lat stał
zaledwie jakieś 100 metrów na północ (lewo) od miejsca pokazanego
na powyższym zdjęciu, nie tylko żywił miasto Milicz, ale także
bronił je przed wrogami. Od jego losów zależne więc były losy
Milicza - co zresztą wynikało z jego położenia na czakramie
energetycznym Milicza.
Fragmenty omawianego
tutaj starego młyna wodnego na Baryczy, ciągle istniały w pobliżu pokazanej
powyżej tamy w czasach mojej młodości, tj. w latach 1950-tych do 1960-tych.
Ciągle też istniały wówczas zdziczałe drzewa owocowe jakie rosły w pobliżu
tego młyna. Dopiero około 1990-ego roku obszar owego młyna został
włączony w nowo-formowany staw rybny oraz zalany wodą. Nawet jednak
tuż przed zalaniem tego terenu, ciągle dobrze widoczna była droga dojazdowa
do młyna, jaka prowadziła z Wszewilek. (Droga ta po wojnie niesłusznie
nazywana była "drogą na tamę", chociaż w ostatnim swym fragmencie
skręcała ona na wschód ku byłemu budynkowi owego młyna, w ten sposób
oddalając się od tamy zamiast wieść ku niej.) Obecnie zapewne po młynie
tym nie ostały się już żadne ślady - aczkolwiek muszę tutaj przyznać że
podczas mojej ostatniej wizyty w Miliczu w lipcu 2004 roku nie byłem w
owym miejscu - nie sprawdziłem więc jak sprawy tam stoją. Jedyne więc
co ciągle po młynie tym być może wystaje ponad powierzchnię owego
nowo-zbudowanego stawu rybnego, to wzgórze usypane sztucznie w
widłach obu koryt Baryczy rozchodzących się od młyna. Na płaskim
wierzchołku tego wzgórza stał kiedyś dom młynarza. (Dom ten umieszczony
był na wzgórzu, aby chronić się przed wysokimi powodziami, które
podczas niektórych wiosen zalewały dolinę Baryczy. Z kolei owo
wzgórze mieściło się dokładnie w widłach na rozdrożu obu koryt
Baryczy które kiedyś rozchodziły się w dwóch kierunkach od stawu
spiętrzającego wodę dla owego młyna.)
* * *
Zauważ, że można zobaczyć powiększenie
każdej fotografii z niniejszej strony internetowej. W tym celu
wystarczy zwyczajnie kliknąć na tą fotografię. Ponadto
większość tzw. browser'ów które obecnie są w użyciu, włączając
w to populany "Internet Explorer", pozwala na
załadowanie każdej ilustracji
do swojego własnego komputera, gdzie można jej się do woli
przyglądać, gdzie daje się ją zredukować lub powiększyć,
a także gdzie ją można wydrukować za pomocą posiadanego
przez siebie software graficznego.
W lesie, jakieś pół kilometra na
północ od "Wszewilek-Stawczyka", znajduje się prastary cmentarz. Pokazany
on został na zdjęciu #3a. W czasach mojej młodości często się na nim bawiliśmy
z innymi kolegami. Pamiętam więc, że najstarsze groby jakich wówczas
celowo poszukiwaliśmy przez czytanie dat na napisach z ich plyt, były
datowane jeszcze w latach 1700-nych. (Ciekawe też, że duża część
owych starych grobów posiadała polskie, znaczy słowiańskie, nazwiska.)
Jednak ja jestem absolutnie
pewny, że cmentarz ten jest nieporównanie starszy niż lata 1700-ne.
Faktycznie to moim zdaniem był on już miejscem kultu i grzebania
zmarłych jeszcze w czasach pogańskich. Kiedyś zresztą istniało ku
temu sporo dowodów, np. prastare groby ciągle murowane z brył rudy
darniowej. Jednym z dowodów na nietypowo stary wiek owego cmentarza
jest prastary dąb jaki aż do początku lat 1990-tych rósł niemal
w samym środku tego cmentarza. Dąb ten był tak ogromny,
zaś zawarta w jego pniu dziupla tak obszerna, że na podstawie jego
porównania z dębem "Pomnikiem Przyrody" rosnącym w Kadynach koło
Elblaga przy Zalewie Wiślanym (patrz zdjęcie #3b), oceniam wiek tego dębu
z Wszewilek-Stawczyka na co najmniej 700 lat. (Moim zdaniem, w czasach
mojej młodości był to najstarszy dąb w całej okolicy Milicza i faktycznie
zasługiwał aby ogłosić go pomnikiem przyrody oraz otoczyć opieką.) Co jednak
było najciekawsze o owym starym dębie z Wszewilek, to że rósł on "wszerz"
a nie "wzwyz". Rozumiem przez to, że zamiast budować swoją wysokość, dąb
ten budował grubość i zasięg swoich konarów rozchodzących się na boki.
Z kolei doskonale jest wiadomo, że taki właśnie porost dębu oznacza iż w
czasach swojej młodości i ukierunkowywania wzrostu był on jedynym drzewem
rosnącym w tej części wszewilkowskiego lasu. To z kolei oznacza, że kiedy
dąb ten został zasadzony co najmniej 700 lat temu, czyli w czasach
przedśredniowiecznych, obszar owego cmentarza wszewilkowskiego już wówczas
był czymś szczególnym. Wszakże będąc położonym w środku lasu, obszar
ten pozbawiony był drzew - poza owym jednym dębem. Wiadomo zaś, że dla
przedchrześcijańskich Słowian dąb był symbolem siły i długowieczności,
zazwyczaj też domostwem dla boga "Pieruna" opisanego w punkcie #23 poniżej,
czyli "pogańskim świętym drzewem" o funkcjach podobnych do słynnych
drzew "Datuk" z dzisiejszej Malezji. (Po szczegóły na temat swiętych
drzew "Datuk" patrz opisy pod zdjęciem 6 ze strony internetowej
ufonauci.w.interia.pl,
albo też opisy z podrozdziału I6.1 z tomu 5 monografii [1/4]
ładowalnej nieodpłatnie za pośrednictwem niniejszej strony internetowej).
Zresztą istnieją najróżniejsze przesłanki, że podobnie jak owe święte
drzewa "Datuk" z Malezji, również ów "pogański święty dąb" z Wszewilek
kiedyś posiadał nadprzyrodzone moce. Wszakże w czasach mojej młodości
ów pradawny cmentarz na Wszewilkach słynny był w całej okolicy z
najróżniejszych niewyjaśnionych i "nadprzyrodzonych" zdarzeń i zjawisk,
jakie mogły wywodzić się właśnie z mocy owego dębu. Ponadto, na podstawie
doświadczeń z czasów mojej własnej młodości, ja osobiście wierzę,
że dąb ten posiadał zdolność do telepatycznego komunikowania się z ludźmi,
tak jak to opisane zostało w podrozdziałach I5.4 i I3.3.1 w/w monografii [1/4].
Co jeszcze ciekawsze, to ów "pogański święty dąb" z pradawnego cmentarza
we Wszewilkach rósł niemal precyzyjnie w samym centrum owego cmentarza,
chociaż był od owego centrum przesunięty ku północy o mniej więcej jedną
swoją średnicę. To zaś oznacza, że zapewne został on tam celowo zasadzony
przez ludzi tuż obok pieńka jeszcze starszego dębu który najwidoczniej
zajmował dokładnie centrum owego prastarego cmentarza. Czyli dąb jaki
po 1991 roku załamał się ze starości po przeżyciu według mojej oceny
jakieś 700 do 1000 lat, faktycznie zastępował jeszcze starszy dąb który rósł
przed nim dokładnie w samym centrum owego cmentarza i który prawdopodobnie
też załamał się ze starości po upływie jakichś 700 do 1000 lat. Jeśli przeprowadzić
ową dedukcję jeszcze dalej, to także ów starszy dąb, zasadzony przez
pogańskich Słowian co najmniej jakieś 1400 lat temu, wcale nie był pierwszym dębem rosnącym
w owym miejscu. Wszakże logika stwierdza że aby zostać posadzonym dokładnie
w centrum owego cmentarza, cały obszar tego cmentarza musiał być już wolny
od drzew, tak aby wzrok sadzących mógł ogarnąć gdzie dokładnie owo centrum
się znajduje. Z kolei aby usunąć drzewa z całego wzgórka tego cmentarza,
miejscowi Słowianie musieli mieć już na nim jakiś naturalnie rosnący dąb
któremu wówczas oddawali cześć. Tamten pierwszy, zapewne zupełnie przypadkowo
rosnący na owym wzgórku dąb, też zapewne się zapadł ze starości po przeżyciu jakichś
700 do 1000 lat. Jeśli więc powyższa dedukcja jest prawdziwa, wszystko wskazuje
na to że ten cmentarz we Wszewilkach zaczął być miejscem starego Słowiańskiego
kultu i chowania zmarłych gdzieś pomiędzy 2100 a 3000 lat temu. Ponieważ jest
to najbliższe i niemal jedyne takie miejsce leżące niedaleko byłego grodziska
Milicza, można dedukowac że miejsce które dzisiaj nazywamy "cmentarzem
poniemieckim we Wszewilkach", faktycznie jest miejscem prastarego kultu
słowiańskiego dla Miliczan począwszy już od czasów pogańskich, gdy Europa
ciągle należała do Cesarstwa Rzymskiego. Ja osobiście jestem przekonany,
że owo unikalne miejsce poświęcone było kultowi słowiańskiego boga
"Pieruna", wspominanego też w punkcie #23 poniżej.
Oczywiście, w tym miejscu
ktoś mógłby zapytać, czy ów prastary dąb jaki rozpadł się
po 1990 roku, jest jedynym dowodem wieku owego cmentarza. Odpowiedź
jest "nie". Kiedyś istniały też tam inne dowody jakie ciągle pamiętam.
Przykładowo, w czasach mojej młodości niedaleko od owego dębu istniało
kilka bardzo staro i nietypowo wyglądających grobów wymurowanych z
rudy darniowej, oraz pozbawionych płyt z napisami. Z kolei użycie
rudy darniowej jako materiału do wymurowania owych nietypowych grobów
oznaczało, że przetrwały one jeszcze z czasów kiedy koło Milicza nie
było cegielni ani zakładów kamieniarskich, czyli z czasów przed 14
wiekiem. Podsumowując powyższe, wszystko wskazuje na to że prastary
cmentarz Słowianski we Wszewilkach, niesłusznie nazywany "cmentarzem
poniemieckim", jest prastarą "kapsułą czasu", która utrzymuje w swoim
wnętrzu wiele historycznych skarbów ciągle odczekujących na swego odkrywcę.
O znacznie starszym wieku tego cmentarza
świadczy także bardzo stara droga jaka kiedyś
wiodła prosto jak strzała od owego prastarego
dębu ze środka cmentarza, aż do drzwi wejściowych
byłego kościółka który istniał kiedyś przy ryneczku
Wszewilek (kościółek ten opisany jest w punkcie
#5 tej strony). Aczkolwiek w chwili obecnej nie
będzie zapewne ona już wyraźnie widoczna,
droga ta kiedyś tam istniała. Jej pozostałości
ciągle były dobrze widoczne w czasach mojej
młodości. Rosło kiedyś przy niej kilka starych
dębów. Gdyby pozwolono im przeżyć do chwili
obecnej, miałyby one teraz co najmniej 300 lat.
Jeden z dębów przy owej pradawnej drodze
przetrwał do czasów mojej młodości (po
reszcie już wówczas pozostały jedynie pieńki).
Rósł on trochę przed krawędzią obecnego lasu,
jedynie jakieś 40 metrów ku północy od byłych
drzwi wejściowych do wszewilkowskiego kościoła
(tj. na wschód od dzisiejszego basenu przeciwpożarowego
zbudowanego na miejscu byłego domu
wszewilkowskiego karczmarza) - być może
nawet że dąb ten rośnie tam do dzisiaj.
Jest bardzo intrygujące do jakich obrządków
używana była owa pradawna droga. Jeśli bowiem
była to droga cmentarna (tj. droga używana do
transportowania nieboszczyków z kościoła
wszewilkowskiego do cmentarza), wówczas wiek
owych dębów by definitywnie oznaczał, że
starosłowiański cmentarz Wszewilek był używany
już znacznie wcześniej niż powszechnie się
to uważa. Z ową starą drogą łaczącą kościół
we Wszewilkach z cmentarzem wiąże się
też ciekawostka opowiadana przez starych
miejscowych. Otóż podobno kilka metrów na
wschód od tej drogi przebiegał pod ziemią niski
tunel który łączył podziemia wszewilkowskiego
koścółka z jednym z grobowców na wszewilkowskim
cmentarzu. Tunel ten miał być tak niski
że dało się nim przejść tylko na czworakach.
Jego opis podany jest też na stronie o
kościele św. Andrzeja Boboli.
Fot. #3a: Prastary cmentarz Wszewilek-Stawczyka.
Cmentarz
ten posiada niezwykłą konfigurację. Cały ma on bowiem kształt jakby
"grobu ludzkiego olbrzyma", tj. przyjmuje kształt wydłużonego i wysoce
symetrycznego pagórka w kształcie jakby olbrzymiej wielkości starego
grobu. Co niezwyklejsze, ten wysoce symetryczny i regularny pagórek
otoczony jest zupełnie płaskim terenem. Nic dziwnego, że od najdawniejszych
czasów musiał on zwracać uwagę miejscowych ludzi. Jest więc niemal
absolutnie pewne że już w czasach pogańskich stanowił on miejsce
pogańskiego kultu oraz pochowunku dawnych Słowian. O takiej właśnie
funkcji "miejsca pogańskiego kultu" świadczy zresztą obecność w niemal
jego geometrycznym centrum starego "świętego dębu", jaki w czasach
pogańskich pełnił te same funkcje które dzisiaj pełnią kościoły i świątynie.
Ponadto wiele innych cech tego cmentarza również dowodzi, że
faktycznie jest on co najmniej tak stary jak Wszewilki-Stawczyk, czyli że
dla miejscowych Słowian był on miejscem starożytnego kultu i cmentarzem
na długo przed czasami chrześcijaństwa. Jako taki, cmentarz ten jest
wiec zamkniętą "kapsułą czasu" ciągle czekającą na swoje otwarcie.
Powyzsze zdjęcie wykonano
w lipcu 2004 roku z pobocza drogi która kiedyś wiodła z Pomorska i Stawca,
a przedtem z Dziadkowa i Cieszkowa, przez Wszewilki-Stawczyk do
starego młyna wodnego na Baryczy. Obiektyw aparatu skierowany był na
północny-wschód. W miejscu ujętym na pierwszym planie, zaraz po wojnie
ciągle stała stara murowana trupiarnia (obecnie rosną tam jedynie krzaki).
Bardziej w głębi znajdował się odwieczny dąb z ogromną dziuplą w środku,
jaki po 1990 roku albo sam zapadł się ze starości i własnego ciężaru, albo
też został zniszczony uderzeniem pioruna. Niezwykłością tego dębu było,
że musiał posiadać on jakieś zdolności telepatyczne, takie jakie mają słynne
święte drzewa "Datuk" z Malezji. Kiedy bowiem jako dzieci bawiliśmy się w
jego konarach, zawsze sobie opowiadaliśmy, że w jego ogromnej dziupli
zapełnionej próchnem ukryty jest skarb. Faktycznie też, kiedy po 1990
roku dąb ten zapadł się ze starości zaś cała jego dziupla została odsłonięta,
jakiś przypadkowy przechodzień znalazł w nim bogaty skarb. (Szeptane
rumory o owym skarbie są obecnie publiczną tajemnicą Wszewilek i okolicy.)
Z czasów młodości pamiętam,
że najstarsze groby owego cmentarza z ciągle zachowanymi płytami
zawierającymi datę ich postawienia, pochodziły z lat 1700-nych.
Z kolei ostatni ludzie byli na nim oficjalnie chowani w 1945 roku.
* * *
Na prawo od obszaru pokazanego
na powyższym zdjęciu znajdował się kiedyś szereg grobów o jakich mówiono
że pochowano w nich samobójców. Z grobami owymi wiązała się opowieść,
jaką w czasach mojej młodości przypożądkowywano temu właśnie cmentarzowi
na Wszewilkach oraz tym właśnie grobom samobójców, jednak jaką w późniejszym
wieku słyszałem też kilkakrotnie już nie związaną z żadnym konkretnym
cmenatrzem ani miejscowością. Według owej opowieści, jeszcze przed pierwszą
wojną światową miał mieszkać we Wszewilkach znany szeroko zabijaka i
kazanowa. Był podobno okropnie silny i twierdził że nie boi się niczego,
nawet samego diabła. Podczas jednej z biesiad miał się założyć z koleżkami,
że nie boi się pójść na ów cmentarz wszewilkowski w środku nocy.
(Cmentarz ten szeroko był znany w przeszłości jako miejsce w którym
"straszy" - co nie powinno dziwić zważywszy że jest on miejscem kultu
i pochowunku ludzi jeszcze od pogańskich czasów.) Aby zaś udowodnić,
że faktycznie tam był, koledzy dali mu oznaczony przez siebie kołek,
aby wbił go na jeden z grobów. Po wybraniu się na ten cmentarz, ów
zabijaka jednak nie wrócił. Natychmiast więc kiedy się rozwidniło jego
koledzy pobiegli na cmentarz. Znaleźli go martwego na grobie jednego
z samobójców. Jego wbity w ów grób kołek "przypadkowo" przypinał
do tego grobu jego własny płaszcz. Potem śmierć owego odważnego
zabijaki tłumaczono jako zawał serca następujący ze strachu. Kiedy
bowiem wbił swój kołek i usiłował wstać aby wrócić do koleżków, coś
go trzymało przy ziemi. Nie widząc w ciemności co to było, oraz obawiając
się najgorszego, dostał zapewne zawału serca. Starsi ludzie kiedyś pokazywali
na owym cmentarzu wszewilkowskim jego grób, którym miał być pierwszy
w rzędzie grobów samobójców - leżąc tuż przy grobie na jakim umarł.
Morał jaki sobie wówczas powtarzano po zakończeniu owej opowieści,
to że nie ma odważnych ani silnych kiedy przychodzi do praw
tego drugiego świata. Chociaż bowiem ich działanie jest zakamuflowane
i może być tłumaczone na wiele odmiennych sposobów, w końcowym
efekcie zawsze się jednak okazuje, że prawa te istnieją i nieodwołalnie
działają.
Fot. #3b: Prastary dąb z miejscowości Kadyny
nad Zalewem Wiślanym (niedaleko Elbląga)
.
Dąb ten liczy co
najmniej 700 lat, a najprawdopodobniej 1000 lat. Nazywa się on
"Dąb im. Jana Bażyńskiego" i jest chroniony przez polskie prawo
jako oficjalny Pomnik Przyrody. Ja pokazuję tutaj powyższy dąb
ponieważ przekrój jego pnia jest zbliżony do przekroju pnia
prastarego dębu z cmentarza we Wszewilkach. Tyle że konary dębu
we Wszewilkach rosły "wszerz", zaś konary powyższego dębu rosły
"wzwyż". Na przekór jednak że dąb we Wszewilkach był podobnego
wieku, tj. miał jakieś 700 do 1000 lat, oraz na przekór że bez
wątpliwości związany on był ze Słowiańskimi obrządkami na owym
terenie, nikt nie zadbał aby ogłosić go pomnikiem przyrody, a
po prostu pozwolono mu zmarnieć ze starości i z braku ludzkiej
opieki.
Skąd się wzięła "ruda darniowa"
we Wszewilkach? To niby proste pytanie okazuje się ogromnie trudne
do odpowiedzenia. Jeśli zapyta się o to np. geologów, wówczas ukrywają
swoją niemożność dostarczenia wyjaśnienia pod trudnymi do sprawdzenia
teoriami w rodzaju że istnieje bakteria która pozyskuje żelazo z
wody, że żelazo to opada na dno stojącej wody i się koaguluje, itp.
Faktycznie jednak żadne z istniejących obecnie naukowych wyjaśnień
dla pochodzenia dużych regularnych brył rudy darniowej znajdowanych
w okolicach Wszewilek czyni sens logiczny ani daje się potwierdzić
eksperymentalnie. Absolutnie też żadne z nich nie wyjaśnia dlaczego
ruda ta posiada takie własności jakie faktycznie ma. Przykładowo
rozważ taką sprawę jak dlaczego owa ruda jest zbita w aż tak trwałe
bryły, że mogą one być używane w budownictwie? Dlaczego ma ona porowatą
kosystencję? Dlaczego jej skład i konsystencja są aż tak jednorodne?
Spójrzmy więc prawdzie w oczy. Wyjaśnienia dla pochodzenia rudy darniowej
dostarczane przez dzisiejsze podręczniki akademickie to jedynie zasłona
dymna maskująca obecny brak szczegółowej wiedzy na jej temat.
Faktyczna zaś odpowiedź na pytanie "skąd ta ruda wzięła się we Wszewilkach"
czy "skąd się wzięła w jakimkolwiek innym miejscu" ciągle brzmi "tak
naprawdę to dzisiejsza nauka nie ma najmniejszego pojęcia"!
Niestety, prawda jest więc taka,
że obecnie zupełnie brak nam trzymającej się kupy teorii naukowej, która
wyjaśniła by w sposób wyczerpujący i poprawny przynajmniej następujące fakty:
1. Pochodzenie. Jak ruda darniowa powstała lub się znalazła w okolicach Wszewilek?
Wszakże zaledwie około 12.5 tysiąca lat temu cały ten obszar
pokryty był ruchomym lodowcem. Stąd owa ruda musiała
zostać tam zdeponowana albo w momencie wycofywania
się owego lodowca, albo też już po jego wycofaniu się.
Stąd geologicznie ruda ta miała bardzo mało czasu aby
się uformować.
2. Forma. Dlaczego jej pokłady nie mają formy np. pyłu, a formę pojedynczych
nieregularnych brył zalegających w tylko jednej warstwie leżącej pod powierzchnią
gruntu (jako przeciwieństwo np. rozłożenia tych brył w pionie, jedna pod drugą)?
3. Cechy. Jak wytłumaczyć wszystkie cechy tej rudy, tj. jej trwałość,
kosynstentna porowatość, jednorodność składu, itp.;
4. Unikalność. Jak wytłumaczyć fakt, że "ruda darniowa" nie występuje w każdym
miejscu na świecie w którym istnieje żelazista woda i bakterie. Przykładowo,
rudę tą można znaleźć niemal wyłącznie w Polsce (a ściślej - głównie w
relatywnie niedużej odległości od Milicza i Sulmierzyc), z małymi ilościami
obecnymi także w Austrii i Anglii. Brak jej jednak w obu Amerykach, w Azji,
Australii i Nowej Zelandii, na przekór że pełno tam żelazistych wód oraz
najróżniejszych bakterii.
Niniejszym pragnę więc
ogłosić apel do czytelników tej strony. Mianowicie, chciałbym zaapelować
aby spróbowali opracować własną teorię naukową która za jednym
zamachem dostarczyłaby odpowiedzi na wszystkie powyższe problemy.
Opracowanie takiej teorii stanowiłoby podniecający projekt badawczy
dla młodych tropicieli tajemnic.
Aby dać tutaj jakieś pojęcie
co do rodzaju teorii której poszukujemy, to ja osobiście skłaniam się
do poglądu, że milicka ruda darniowa faktycznie stonowi resztki lub odłamki
ogromnej komety metalowej, która w czasach epoki lodowcowej upadła
na powierzchnię lodowca jaki niegdyś zakrywał dzisiejszy obszar Milicza
i jego okolic. Taka "kometowa teoria" wyjaśniałaby bowiem wiele atrybutów
milickiej rudy darniowej, jakie nie są wyjaśniane przez obecne "bakteryjne"
jej wyjaśnienie naukowe. Przykładowo wyjaśniałaby (1) skąd ruda ta się
wzięła koło Wszewilek (ano, spadła z nieba w formie luźnych brył materiału
ogromnej komety). Wyjaśniałaby także (2) dlaczego ruda ta nie jest
pyłem (ano, kometa ta była głównie obiektem stałym). Wyjaśniałaby
także (3) wiele cech tej rudy (np. porowata, bowiem wydzielone podczas
jej upadku ogromne ilości ciepła zagotowały by ją w całej objętości,
itp.). Wyjaśniałaby też (4) dlaczego jej nie ma na innych kontynentach
(ano, główna część tej komety spadła właśnie na powierzchnię lodowca
zalegającego wówczas w okolicach Milicza, zaś podczas topienia się tego
lodowca jej odłamki zostały zmyte strumieniami wody niemal wyłącznie do koryt
polodowcowych rzek i jezior jakie potem pojawiły się w obszarze jej upadku).
Ponadto wyjaśniałaby (5) dlaczego niewielkie ilości tej rudy występują również
w Austrii i Anglii (ano, podczas upadku kometa ta rozpadła się na kilka
dużych kawałków, największy z których upadł niedaleko od Milicza, kilka
zaś mniejszych uderzyło w lodowce z innych obszarów dzisiejszej Europy -
podobnie jak podczas katastrofy promu
"Columbia"
początkowo zwarty korpus tego promu
został rozsiany wzdłuż około tysiąca kilometrów powierzchni USA).
Niestety, mieszkając na stałe w Nowej Zelandii, nie mam okazji
sprawdzić poprzez badania na miejscu, na ile teoria ta jest prawdziwa.
Zapraszam więc czytelników do zweryfikowania na materiale dowodowym z
okolic Milicza, oraz do następnego przedyskutowania ze mną, wszelkich
"za" oraz "przeciw" tej "teorii kometowej". Zapraszam też do zaprezentowania
swoich własnych teorii na ten sam temat.
Fot. #4: Mur wzniesiony z wszewilkowskiej "rudy
darniowej"
. Jest on resztką tego co pozostało ciągle do dzisiaj z byłych
średniowiecznych murów obronnych miasta Milicza. (Tyle że mury te kiedyś
stały w innych miejscach niż powyższy monument. Niemniej materiał powyższego
monumentu faktycznie pochodzi z dawnych murów obronnych Milicza.) Mury
średniowiecznego Milicza wzniesione były z brył lokalnej "rudy darniowej",
którą kiedyś pozyskiwano właśnie na łąkach i polach z okolic dzisiejszej wsi
"Wszewilki-Stawczyk". Z kolei ów lew widoczny na wierzchołku postumentu
wymurowanego z brył rudy darniowej jakie pochodzą z oryginalnych
murów obronnych Milicza, jest tym samym lwem który w dawnych czasach
ozdabiał wierzchołek południowej bramy wylotowej w średniowiecznych
murach miasta Milicza. (Owa średniowieczna brama nazywana była "Bramą
Wrocławską", ponieważ droga przez nią prowadziła do Wrocławia.
Oryginalnie zlokalizowana ona była w pobliżu miejsca w którym obecnie
znajduje się most przez młynówkę na południowym zbiegu obu ulic wylotowych
z milickiego rynku.) Powyższe zdjęcie wykonane było w lipcu 2004 roku.
Po więcej danych na temat dawnych murów Milicza, patrz punkt 27 i
zdjęcie 27 (b) ze strony internetowej
miasto Milicz
dostępnej za pośrednictwem "Menu 1".
W tym miejscu warto podkreślić,
że w początkowym stadium budowy miasta Milicza, aż do około 14 wieku,
ruda darniowa wywodząca się z okolic Wszewilek była używana jako
podstawowy materiał budowlany którym zastępowano wówczas brak dzisiejszych
cegieł i pustaków. Dawni ludzie po prostu przycinali stalowymi piłami duże bryły
tej rudy na regularne kostki i używali tych kostek do budowy. Przykładem
formy zbudowanej w ten sposób jest pozostała do dzisiaj reszta murów
obronnych Milicza pokazana na zdjęciu #4 powyżej.
Niestety, ruda darniowa należy
do tzw. "zimnych" materiałów budowlanych. Wszakże przewodzi ona ciepło
znacznie lepiej niż cegła. Domy budowane z tej rudy są więc trudniejsze
do ogrzania niż domy np. z cegły. Dlatego używano ją w budownictwie tylko
do czasu aż powszechnie dostępne stały się cegły. Potem zaś zaniechano jej
używania, chyba że na jej użycie wskazywał jakiś ważny powód - np. chęć
pamiątkowego zachowania resztek murów niejskich, jak to miało miejsce
w przypadku budowy bramy ozdobnej do pałacu której resztki pokazano
na powyższym zdjęciu #4.
Aczkolwiek narazie może być to trudne do
zrozumienia i zaakceptowania, wygląda na
to, że istnieje rodzaj szatańskiego spisku
przeciwko Wszewilkom. Spisek ten realizuje
ta sama mroczna moc, która nieustannie
sabotażuje niniejsze strony internetowe o
Wszewilkach oraz stara się powstrzymać
ludzi przed czytaniem owych stron poprzez
wywijanie najróżniejszych "tricków". Owa
mroczna moc najwyraźniej stara się zniszczyć
wszelkie źródła informacji na temat ogromnie
budującej moralnie historii i przeszłości
Wszewilek. Niezwykłym jest przy tym, że
owymi szatańskimi istotami prześladującymi
nikomu nic nie winną wieś Wszewilki, są
te same istoty które w średniowieczu
nazywane były "diabłami", zaś w dzisiejszych
czasach nazywane są
"UFOnautami".
Osobiście zachodzę w głowę i nie mogę
zrozumieć, dlaczego i w jaki sposób
wieś Wszewilki podpadła UFOnautom.
Jeśli przeanalizować historyczne
losy Wszewilek, wówczas rzuca się w oczy bardzo wyraźny wzór jaki zdaje
się prześladować ową wioskę. Generalnie rzecz biorąc, wzór ten polega na
tym, że w wyniku najróżniejszych niby "losowych zdarzeń" systematycznie
niszczone są wszystkie źródła informacji na temat budującej moralnie przeszłości
Wszewilek. Z kolei, jak to opisałem w rozdziale VB z tomu 17 monografii
[1/4], taki właśnie wzór czyichś prześladowań jest charakterystyczny dla
"podpadnięcia" UFOnautom którzy dramatycznie górują nad ludźmi techniką
i inteligencją. Przykładowo, moim zdaniem wcale nie jest przypadkiem,
że mały ryneczek który kiedyś istniał w samym centrum historycznych
Wszewilek, został kiedyś wymazany z mapy tratującą wszystko linią kolejową.
Jeśli bowiem przeanalizuje się na mapie przebieg owej linii kolejowej,
ktoś celowo tak go zdeformował, aby kolej przetaranowała się właśnie
przez ten ryneczek dawnych Wszewilek i zburzyła pradawny katolicki
kościółek wraz z innymi budynkami które tam stały. Gdyby też nie to
celowe wymuszenie odchylenia prostego przebiegu linii kolejowej,
linia ta faktycznie przeszłaby poza Wszewilkami, jakieś pół kilometra
na wschód od owej wioski. To z kolei miałoby takie następstwo,
że do dzisiaj przetrwałby historyczny ryneczek Wszewilek z pradawnym
katolickim kościołkiem i innymi budynkami publicznymi tej wioski,
zbudowanymi z bloków tej samej rudy darniowej z której kiedyś
wzniesione były mury obronne i pierwsze kościoły Milicza. Ktoś
jednak się uparł, aby z premedytacją poprowadzić kolej właśnie przez
samo centrum tej wioski, w ten sposób niszcząc historyczne korzenie
Wszewilek. Moim zdaniem wcale nie jest też przypadkiem, że obszar
czakramu energetycznego przy starym młynie wodnym na Baryczy,
w którym dzisiejsze Wszewilki kiedyś się narodziły, obecnie jest zalany
wodą. Nie będę już rozpaczał o stanie miejsca dawnego kultu słowiańskiego
(tj. o wszewilkowskim dawnym cmentarzu), będacym obecnie rodzajem
"tabu" dla potomków tych samych Słowian którzy w miejscu tym kiedyś
realizowali swoje pogańskie rytuały. Moim osobistym zdaniem, na przekór
że w niszczeniu źródeł informacji na temat historii Wszewilek pozornie
zdaje się brać udział wyłącznie szereg "zbiegów okoliczności", faktycznie
istnieje wysoka regularność w owych niby zbiegach. Regularność ta sugeruje,
że tak naprawdę to jakaś szatańska siła projektuje co i jak ma się przytrafić
aby systematycznie wyniszczać ślady historii Wszewilek, a jedynie potem
niszczenia tego dokonuje ona w taki sposób, aby wygladało to na
"przypadkowe zbiegi niekorzystnych okoliczności".
Niezwykłością wsi Wszewilki
jest, że przez szereg dziwnych "zbiegów okoliczności" udało się dla nich
zidentyfikować i opisać dowody, że UFOnauci nieustannie niszczą wiedzę
na temat historii tej wioski. Co ciekawsze, ciągle nawet obecnie czytelnik
jest w stanie osobiście zweryfikować te dowody, bowiem do dzisiaj pozostają
po nich doskonale widoczne ślady. Czytelnik może więc na mapie odnotować
złośliwie wypaczony przebieg linii kolejowej która stratowała miniaturowy
ryneczek Wszewilek, może pojechać na miejsce i na własne oczy zobaczyć
doły wykopane w miejscach gdzie kiedyś stał kościół, karczma, oraz inne
budynki publiczne z ryneczka Wszewilek, może porozmawiać ze starszymi
miejscowymi, którzy ciągle będą zapewne pamiętali pozostałości dawnego
młyna wodnego przy Baryczy (tj. pozostałości obu rozgałęziających się od
młyna starych kanałów Baryczy: wysokiego i niskiego, resztek koła wodnego
i zastaw, wzgórza na którym kiedyś stał dom młynarza, oraz drzewek
owocowych które kiedyś rosły wokół młyna), może sprawdzić przebiegi
dawnych dróg przez tą wioskę zanim nowo-wytyczone drogi zniszczyły
jej oryginalną zabudowę, itd., itp. (Faktycznie, to na stronie internetowej
"Wszewilki-2006"
opisany jest sposób (i okazja) na jaki można sobie dokłądnie pooglądać
na własne oczy owe poniszczone budynki publiczne Wszewilek oraz wymazaną
z pamięci ludzkiej historię owej wioski.) Z kolei poprzez uświadomienie sobie
szatańskiego procesu ukrywania przeszłości, który UFOnauci zrealizowali
na Wszewilkach, czytelnik zacznie mieć rozeznanie jakiego rodzaju proces
ukrywania historii ludzkości jest bez przerwy prowadzony na Ziemi przez
tych zawziętych wrogów ludzkości. To z kolei pozwoli mu zrozumieć, jak
niewiele ludzkość faktycznie wie na temat swojej prawdziwej historii, na
temat pochodzenia i znaczenia np. piramid oraz innych prastarych budowli
badanych i opisywanych m.in. przez Ericha von Däniken, na temat dziwnych
śladów które ciągle do dzisiaj pozostały po poprzedniej cywilizacji technicznej
na Ziemi zniszczonej dokumentnie przez UFOnautów około 12.5 tysięcy
lat temu, na temat Atlantydy, na temat faktycznego
pochodzenia człowieka,
itp., itd.
Istnieje cały szereg faktów
jakie potwierdzają, że wieś Wszewilki podpadła jakoś UFOnautom, oraz
że owi UFOnauci swoimi przebieglymi manipulacjami niszczą źródła
informacji na temat przeszłości Wszewilek. Oto najważniejsze z owych faktów:
1. Nieustanne indukowanie
we Wszewilkach zdarzeń jakie niszczą źródła informacji na temat pokojowej,
wolnej, konstruktywnej i moralnej przeszłości tej wioski. Przykładami
takich zdarzeń są: (a) opisywane już poprzednio takie zaprojektowanie
przebiegu kolei żelaznej, aby kolej ta przetaranowała się przez historyczny
ryneczek z centrum dawnych Wszewilek, (b) zburzenie i dokumentne usunięcie
(wraz z fundamentami i piwnicami) historycznego kościółka katolickiego oraz
starej karczmy, które kiedyś stały na obrzeżach owego starego ryneczka Wszewilek,
(c) wytyczenie po 1875 roku nowego przebiegu głównej drogi przez tą wieś,
co wymusiło stopniowe wyniszczenie wszystkich starych zabudowań które
kiedyś istniały wzdłuż starej drogi głównej, (d) zbudowanie stawu rybnego
około 1990 roku, który zalał miejsca w jakich Wszewilki oryginalnie się
narodziły oraz zalał pozostałości po prastarym i historycznie pierwszym
młynie wodnym na Baryczy przy Wszewilkach, (e) zdewastowanie starego
cmentarza po-słowiańskiego we Wszewilkach.
Jak złośliwie została zaprojektowana
linia kolejowa taranująca miniaturowy ryneczek Wszewilek, zobaczyć to można na
mapie dostępnej poprzez stronę internetową
www.milicz.pl/turystyka/mapa/
(po kliknięciu na link wywołujący tą stronę należy wybrać tam miejscowość
Wszewilki z okienka "Mapa" - a dopiero wówczas pokaże się
mapa okolic Wszewilek). Na mapie tej widoczny jest złośliwie zagięty
przebieg linii kolejowej, która w 1875 roku została poprowadzona
celowo w taki sposób aby staranowała ona miniaturowy ryneczek
Wszewilek. Potrzeba było sporo szatańskiej złośliwości aby zupełnie
bez powodów zniszczyć całe historyczne centrum tej wsi. W jakieś 120
lat później, czyli około roku 1990, przy Wszewilkach uformowano ogromne
stawy które zniszczyły ostatni obiekt z przeszłości Wszewilek, czyli
pozostałości ponad 1000-letniego młyna wodnego na Baryczy.
(A przecież na fundamentach tego młyna wyrosła właśnie historyczna
wieś Wszewilki.) W ten sposób dokumentnie wydeletowana została cała
wiedza na temat wysoce moralnej przeszłości Wszewilek, która wyjaśniała
niezwykłość karmy zgromadzonej przez tą unikalną miejscowość.
2.
Wybiorcze spowodowanie raptownych śmierci praktycznie
wszystkich autochtonów którzy po wojnie pozostali
we Wszewilkach i którzy mogli przekazać innym
wiedzę na temat historii tej wioski. Owi "autochtoni"
to Polacy, którzy mieszkali w Niemczech aż do zakończenia
drugiej wojny, oraz którzy nie uciekli w głąb Niemiec
przed nacierającą armią radziecką pod koniec wojny.
Pierwsza z tych autochtonów, kobieta mieszkająca mniej-więcej
w środku długości Wszewilek, została zastrzelona przez Rosjan już w dniu
"bitwy o Milicz"
podczas wyzwalania tego miasta. Kolejnych czterech z nich zostało zamordowanych
w swoich domach zaś ich zwłoki zostały spalone razem z ich domami
w czasach chaosu i bezprawia które zapanowały zaraz po wyzwoleniu.
Ostatni, szósty z wszewilkowskich autochtonów, niejaki Waloha (którego
ja pamiętam do dzisiaj), w jakis czas po wyzwoleniu niespodziewanie
"skręcił sobie kark" jadąc na rowerze po głównej i już wówczas wyasfaltowanej
(a stąd równiutkiej jak stół) szosie przebiegajacej koło Stawca. Wypadki
drogowe się zdarzają i zapewne nie byłoby i w tym wypadku nic podejrzanego,
gdyby nie miejsce w jakim się on przytrafił. Oglądałem kiedyś to miejsce
i zaskoczyło mnie że biedny Waloha jakoby "skręcił sobie kark" zjeżdzając
z pobocza szosy które wznosiło się jedynie na około jeden metr ponad
poziomem otaczającego pola. Ja zaś pamiętam jak przekoziołkowałem
się wraz z rowerem z nasypu kolejowego przy moście na Baryczy (niemal
10 metrów wysokości) i jedynie troche się podrapałem.
3.
Zniszczenie archiwów Wszewilek. Wszystkie archiwa
pisane na temat Wszewilek uległy zniszczeniu w trakcie
wyzwalania. Ciekawe jednak, że oprócz owych archiwow
praktycznie niemal nic innego nie zostało zniszczone.
4.
Psychoza dewastowania wszystkiego
co ma wartość historyczną. W swoich zamorskich wędrówkach nie spotkałem dotąd
żadnego innego miejsca na świecie, w którym niszczenie wszystkiego co ma wartość
historyczną dokonywane byłoby z równym entuzjazmem jak to czynione jest na Wszewilkach
i w Miliczu. Faktycznie to inne miejscowości na świecie otaczają swoje zabytki
i antyki ogromną pieczołowitością. Przykładowo w Nowej Zelandii nawet bardzo małe
miejscowości (poniżej 1000 mieszkanców, czyli o wielkości dzisiejszych Wszewilek)
też posiadają swoje własne muzea, czasami wyposażone równie bogato w eksponaty,
jak muzea w Warszawie czy Wrocławiu. Każdy też budynek o wieku powyżej 100 lat
staje się tam historycznym zabytkiem i chroniony jest prawem. (Oczywiście Wszewilki
nie tylko że nie posiadają własnego muzeum, ale wręcz uważałyby pomysł jego posiadania
za niemal wariacki. Każdy też co starszy budynek jest w nich systematycznie niszczony.
Z kolei Milicz, na przekór swoich około 30 000 mieszkańców, jak dotąd zdołał się zdobyć
jedynie na ubogą "Izbę Regionalną" która praktycznie nie posiada niemal żadnych
historycznych eksponatów, poza szeregiem papierowych plansz.) Jedynie na niniejszej
stronie internetowej, oraz na stronie internetowej o
Miliczu,
opisane jest jak we Wszewilkach i Miliczu już po drugiej wojnie światowej zdewastowane
zostały celowo, lub nic nie uczyniono aby powstrzymać ich zniszczenie, następujące
zabytki o ogromnej wartości historycznej: (1) stary prasłowiański dąb we Wszewilkach -
zasługujący wiekiem i znaczeniem aby stał się pomnikiem przyrody, (2) stary
cmentarz po-Słowiański z Wszewilek, (3) resztki historycznie ogromnie zabytkowego
młyna wodnego liczącego około 1000 lat, a znajdującego się w pobliżu obecnej tamy
na Baryczy, (4) klepiska ze starych lepianek istniejących kiedyś wzdluż drogi do młyna
wodnego na Baryczy, (5) prastare zabudowania gospodarcze istniejące na Wszewilkach
w miejscowym stylu który najprawdopodobniej dostarczył inspiracji do światowego stylu
architektonicznego nazywanego obecnie "tudor" (po polsku "mur pruski"),
(6) zabytkowe wiatraki w Stawcu i Duchowie
(istniejące do około 1960 roku), (7) bramę wjazdową do pałacu margrabiego, która to brama
zawierala w sobie budulec z resztek milickich murow obronnych, (8) "anielski kamień"
spod kościoła Św. Anny, który posiadał ogromną wartość zabytkową i folklorystyczną,
(9) co najmniej średniowieczne (jeśli nie starsze) groby wymurowane z rudy darniowej
odkryte przypadkowo przy kościele
Św. Andrzeja Boboli
w Miliczu, (10) grobowiec margrabiego koło pałacu w Miliczu, (11) stare
grobowce przy kościele w Trzebicku, (12) podziemne tunele pod Miliczem,
(13) stare wodociągi milickie wraz z ich historycznymi silnikami gazowymi i pompami,
(14) bogato zaopatrzone w eksponaty niewielkie muzeum w szkole podstawowej nr 1
w Miliczu, oraz kilka innych. A wykaz ten zawiera jedynie te zabytki i antyki o jakich
jest mi wiadomym aż w dalekiej Nowej Zelandii. Ile zaś dalszych zabytków i antyków
zostało zniszczonych we Wszewilkach i Miliczu w taki sposób że ja o tym się nie dowiedziałem.
Moim osobistym zdaniem, taka psychoza niszczenia nie jest zachowaniem normalnym,
a musiała zostać na mieszkanców Milicza i Wszewilek narzucona metodami sugestii
po-hipnotycznych i telepatycznych. Wszakże każdy mieszkaniec Milicza i Wszewilek
jest systematycznie uprowadzany do UFO - co można łatwo sprawdzić, ponieważ
każdy z nich posiada na nodze ową szczególną bliznę powstająca po wprowadzeniu
do kości piszczelowej ich nogi implantu identyfikacyjnego opisanego w podrozdziale
U3.1 z tomu 15 monografii [1/4] (fotografia owej unikalnej blizny pokazana jest na
pierwszym zdjęciu ze strony internetowej
ufonauts.20m.com/ufo_pl.htm).
Jest więc niemal pewnym, że podczas owych uprowadzeń UFOnauci programują
hipnotycznie mieszkańców Milicza i Wszewilek w rodzaj jakiegoś silnego obrzydzenia
i awersji do wszystkiego co stare i historyczne. (Owo zaprogramowanie można
zresztą sprawdzić i potwierdzić poprzez przebadanie reakcji mieszkanców Milicza
i Wszewilek na widok antyków i starych budynków.)
6.
"Królewicz i żebrak" - czyli szokująca nierówność
w potraktowaniu dwóch części historycznie tej samej wioski.
Jeszcze jednym faktem dowodzącym nieustającego do dzisiaj
skrytego prześladowania Wszewilek-Stawczyka, jest
ogromna nierówność i niesprawiedliwość z jakimi
traktowane są do dzisiaj dwie części kiedyś stanowiące
jedną i tą samą wioskę. Części te to obecne Wszewilki,
oraz obecne Wszewilki-Stawczyk. Kiedyś były one jedną
wioskę. Dopiero zbudowanie linii kolejowej i zniszczenie
historycznego ryneczka Wszewilek rozdzieliło je na dwie
wioski. Nierówność tego potraktowania sama rzuca się
w oczy jeśli ktoś przejdzie się po owych wioskach. Idąc
przez Wszewilki, czyli przez bliższą do Milicza z tych
dwóch wiosek, w oczy się rzuca doskonała droga bita,
obecność chodnika, wodociągów, kanalizacji, uporządkowanych
poboczy drogi, wyraźnych oznakowań, itd., itp. Znaczy
Wszewilki do dzisiaj traktowane są jak "królewicz". Idąc
jednak nieco dalej, wchodzi się do Wszewilek-Stawczyka,
które są właśnie ową historycznie prześladowaną częścią,
czyli tą w jakiej narodził się
totalizm.
Tutaj nagle wszystko drastycznie się zmienia. Chodnik
zanika, trzy główne drogi przy których mieszczą się
zabudowania Wszewilek-Stawczyka ciągle pozostają
piaszczyste i bez chodnika, wszędzie pełno dołów
pozarastanych krzakami, nie widać wodociągów, oznaczenia
stają się nieczytelne i zaniedbane, itd., itp. Jednym słowem
ta część historycznej wioski potrakowana jest jak "żebrak".
A jedynym jej "przestępstwem" jest, że niechcąco podpadła ona
w czymś wszechmocnym UFOnautom okupującym Ziemię!
7.
Blokada wyborcza kandydata który wnosił potencjał
poprawy aktualnej sytuacji Wszewilek. W niedzielę
dnia 12 listopada 2006 roku odbyły się w Polsce wybory
samorządowe. Okazało się wówczas, że jedynym
miejscem w całej Polsce, gdzie "zupełnie przypadkowo"
lokalne diabły zamieszały swymi ogonami, był
Milicz.
A Wszewilki administracyjnie podlegają właśnie pod
gminę w Miliczu. Przykładowo,
w dniu wyborów karty do głosowania okazały się błędnie
zadrukowane. Co nawet wymowniejsze, okazało się też że
kandydat pominięty na owych kartach nosi właśnie to samo
nazwisko na brzmienie którego UFOnauci odgryzają
sobie ogony z wściekłości. Z uwagi na tradycje które
ów kandydat reprezentował, z całą pewnością - gdyby
tylko został wybrany, dotychczasowy ciąg prześladowań
i złego traktowania Wszewilek zostałby przez niego przerwany.
Owe szatańskie moce które jak widać do dzisiaj prześladują
Wszewilki, upewniły się więc aby kandydat ten nie otrzymał
szansy zostania wybranym.
* * *
Jak dotychczas nie spotkałem nigdzie na
świecie żadnej innej wioski której historię
ktoś by niszczył i prześladował równie długo
oraz z równą zaciekłością, uporem i zmyślnością,
jak UFOnauci prześladują źródła informacji
o przeszłości Wszewilek-Stawczyka, a także
rozwój i postęp tej wioski. Ponieważ ci kosmiczni
oprawcy nie dokonywaliby nieustannie przez ponad 120 lat aktów zniszczenia
na wiosce, która nie miałaby odegrać jakiejś ogromnie istotnej historycznej roli, jest oczywistym
że Wszewilki w jakiś sposób wejdą za skórę UFOnautom. To zaś natychmiast indukuje
zapytanie, co aż tak ważnego ma stać się we Wszewilkach, że UFOnauci tak panicznie tego
się boją i że tak usilnie starają się pozbawić tego historycznych i moralnych fundamentów.
Od czasu rozpoczęcie owego "spisku UFOnautów przeciwko Wszewilkom" około 1875 roku,
praktycznie nic historycznie istotnego w wiosce tej się nie zdarzyło. Najwyraźniej więc
wszystko ma się przydarzyć dopiero w przyszłości. Co więc to ma być? Ja osobiście
wierzę, że jakoś to będzie związane z moralną i pokojową karmą Wszewilek. Wszewilki
są jedną z niewielu wiosek która była wolna praktycznie przez wszystkie wieki,
która karmiła, budowała i broniła,
która inspirowała innych, oraz która stanowiła ostoję dobra i moralności. Jast więc
niemal pewnym, że to właśnie owa moralna, budująca i inspirująca karma owej wioski
wygeneruje coś zupełnie nowego, na czym ludzie kiedyś będą koncentrowali swoje
myśli i uczucia. Czy już obecnie istnieją jakieś zapowiedzi co takiego ma to być?
Okazuje się że tak. Wszakże to Wszewilki są miejscem narodzin rewolucyjnej
filozofii która obecnie zdobywa świat szturmem. Filozofia ta nazywana jest
totalizm
moralny. Czyżby więc UFOnauci spiskowali przeciwko Wszewilkom tylko dlatego,
że nie chcieli aby przyszłe generacje ludzi się dowiedziały jaka dokładnie karma
z jakiej dokładnie wioski na Ziemi spowodowała narodzenie się tej moralnej
i budującej filozofii?
Fot. #5: Wszewilki pod Miliczem
- zdjęcie z lipca 2004 roku.
Wieś ta ujęta jest tutaj ku wschodowi, wzdłuż swojej "nowej" drogi, od miejscowej
szkoły w kierunku na Stawczyk. Ten najwyższy budynek widoczny jakby na wylocie
pokazanej tu drogi, to były młyn elektryczny Wszewilek. Z kilkoma krótkimi
przerwami był on używany do około 1980 roku. Potem został zdewastowany.
Obecnie zapewne niewiele już pozostało z jego oryginalnego wyposażenia.
Stąd, podobnie jak ze starych wodociągów kiedyś zlokalizowanych na
przeciwstawnym pograniczu Wszewilek, zapewne również i z tego młyna
nie da się już nic uratować dla ewentualnego milickiego muzeum techniki.
Młyn ten w przeszłości stał się powodem upadku i popadniecia w ruinę
starego młyna wodnego Wszewilek operującego kiedyś niedaleko obecnej
tamy na Baryczy. Zaoferowanie bowiem tego nowego młyna elektrycznego
w tym właśnie miejscu przy początku 20 wieku, powodowało że wszyscy
posiadacze ziarna, którzy musieli przejeżdżać obok niego aby dostać się
do starego młyna wodnego na Wszewilkach, nie mogli się zmusić aby dalej
podążać piaszczystą drogą wiodącą do starego młyna. Mielili więc swoje
ziarno w owym nowym młynie. To z kolei spowodowało ekonomiczny upadek
starego młyna wodnego. Można więc powiedzieć, że ów młyn elektryczny
był także jedną z części większego "spisku UFOnautów przeciwko Wszewilkom",
nastawionego na zniszczenie przeszłości i historii tej wioski. Kiedyś
zrujnował on ekonomicznie tysiącletni młyn wodny na Baryczy. Niedawno
zaś sam został zrujnowany!
Szosa utrwalona na powyższym zdjęciu została
wytyczona od nowa około 1875 roku. Kogoś dociekliwego może ona wysoce zastanowić.
Wszakże w czasach kiedy była ona wytyczana poprowadzono ją przez pola zupełnie
wolne od zabudowań. Mogła więc być wytyczona prosto jak strzała. Tymczasem posiada
ona wyraźne zakręty. Okazuje się, że owe zakręty zostały zaprojektowane celowo.
Ktoś wyraźnie chciał aby omijała ona były miniaturowy ryneczek historycznych Wszewilek,
tak że ryneczek ów mógł zostać dokumentnie zniszczony (wykopany wraz z fundamentami)
razem z historycznymi budynkami które przy nim stały. Gdyby zaś wytyczono ją prosto jak
strzała, owo zniszczenie ryneczka stałoby się niemożliwe bo zniszczona wówczas by
także być musiała i owa nowo-wytyczona droga. Pozawijany przebieg pokazanej tutaj
"nowej" drogi przez Wszewilki jest więc dowodem, że ktoś celowo zadbał aby chwalebna
i moralna przeszłość wolnej wsi Wszewilki nie przertwała do dzisiejszych czasów.
Warto tutaj dodać, że wraz z owym
historycznym ryneczkiem Wszewilek, zniszczeniu uległy również dwa wysoce
zabytkowe i historycznie istotne budynki Wszewilek. Były to:
Pradawny budynek karczmy.
Karczma ta stała kiedyś przy skrzyżowaniu drogi z Pomorska do starego
młyna wodnego na Baryczy, z oryginalną drogą przez Wszewilki. Stała więc ona
jedynie kilka metrow na zachód od miejsca w którym dzisiaj stoi wszewilkowski
basen przeciwpożarowy. Faktycznie to ów basen przeciwpożarowy wybudowany
został w dokładnie tym samym miejscu gdzie kiedyś stał dom właściciela owej
wszewilkowskiej karczmy. Pamiętam, że jako dziecko bawiłem się w piwnicach
owego spalonego domu - które to piwnice stanowiły zaczątek dołu w jakim
potem postawiono obecny basen przeciwpożarowy. Pamiętam też, że z ruinami
owego domu wymieszane wówczas były kości ludzkie. (Niewielki fragment owej
oryginalnej drogi przez Wszewilki ciągle istnieje do dzisiaj we Wszewilkach-Stawczyku.
Poprzez więc jej przedłużenie na drugą stronę torow kolejowych daje się poznać
gdzie dokładnie ona kiedyś przebiegała.)
Prastary kosciółek Wszewilek.
Kościółek ten także stał kiedyś przy owym ryneczku, jedynie kilkadziesiąt metrów
na południowy-wschód od budynku karczmy (tj. na przeciwstawnym narożniku
tego samego skrzyżowania obu głównych dróg). Stał on więc jedynie kilka metrów
na zachód od obecnych torów kolejowych, w miejscu jakie dzisiaj straszy ogromnym
dołem po ziemi użytej do budowy nasypu kolejowego. Prawdą jest wprawdzie jest,
że w chwili jego rozebrania kościółek ten wcale nie był już wówczas używany i że
popadal w ruinę ze starości. Wszakże był on kościółkiem katolickim, podczas
gdy w owych czasach spora część mieszkańców Wszewilek stała się już protestancka
i uczęszczała do kościoła w Miliczu który obecnie znany jest jako kościół
Św. Andrzeja Boboli.
Z kolei katolicy którzy ciągle zamieszkiwali wówczas na Wszewilkach,
korzystali wtedy już z "małego" kosciółka w Miliczu. Jednak nawet niszcząc
kosciółek który nie był już używany, zniszczeniu i zaprzepaszczeniu uległa
wtedy niemal cała przeszłość i historia Wszewilek. Wszakże spora część tej
historii utrwalona była na piśmie w archiwach owego kosciółka. Archiwa
te wprawdzie przeniesiono wówczas gdzie indziej (zapewne do "małego"
kościółka w Miliczu, lub do kościółka Św. Anny w Karłowie) jednak
albo w końcowym etapie wojny, albo też zaraz po wojnie, zniknęły one
również i stamtąd.
Ciekawostką
prastarego kościółka Wszewilek było, że został on wymurowany z bloków tej
samej rudy darniowej z której kiedyś wymurowane były mury obronne Milicza
oraz pierwsze kościoły owego miasta. Podobnie też jak każdy murowany
kościółek z owego okresu, z całą pewnością posiadał on pod sobą spore piwnice.
To tłumaczy, dlaczego w miejscu gdzie on kiedyś stał wyrobisko ziemi jest
aż tak głębokie (tj. najgłębsze z wszystkich jam pozostawionych w miejscu
byłego ryneczka Wszewilek). Chodziło bowiem o to, że ci co usunęli ów
kościółek usuwali spod niego ziemię aż całkowicie wybrali również owe
stare piwnice które pod kościółkiem tym oryginalnie istniały. Oczywiście,
przy okazji usuwania kościółka, usunięte też zostały resztki owych ludzi
którzy wkrótce po wybudowaniu kościółka zaczęli być chowani wokół niego.
Nic dziwnego, że odcinek torów kolejnowych pomiędzy Wszewilkami i Baryczą,
na budowę nasypu którego zużyto właśnie ziemię wybraną spod byłego
kościółka we Wszewilkach (wraz z resztkami pochowanych w tej ziemi ludzi),
zawsze wykazywał jakąś tajemniczą zdolność do przyciągania samobójców i
powodowania śmiertelnych wypadków. Tylko w czasach kiedy ja mieszkałem
na Wszewilkach, na owym odcinku torów biegnących po nasypie uformowanym
z ziemi wybranej spod kościółka Wszewilek z najróżniejszych przyczyn zginął
aż cały szereg ludzi.
Stara droga przez Wszewilki również
przebiegała kiedyś przez miejsce z jakiego wykonano powyższe zdjęcie. Tyle tylko,
że właśnie w owym miejscu skręcała ona kiedyś w prawo, lekkim łukiem odchodząc
ku południu od dzisiejszej nowej drogi. Potem zaś biegła równolegle do dzisiejszej
"nowej" drogi, w odległości jakichś 100 metrów na południe od niej. Oryginalne
zabudowania gospodarskie rolników wsi Wszewilki zbudowane były wzdłuż owej starej
drogi. Kiedy jednak wytyczono pokazaną tu nową drogę, owe stare zabudowania
musiały być opuszczone i z czasem zniszczały. Z nimi zniszała zaś historia
Wszewilek. Zaraz po drugiej wojnie światowej ciągle istniało kilka starych
budynków gospodarczych jakie kiedyś stały przy owej starej drodze (ja pamiętam
ze cztery z nich). Wyglądały one wówczas bardzo dziwnie, bo stały opuszczone w środku
pól uprawnych i były bardzo stare. Budynki te zostały jednak stopniowo rozebrane
gdzieś do końca lat 1960-tych. Najdłużej z nich ostała się stodała i dom jakie od
około 1955 roku należały do przez rodziny Wojciechowskich (zaraz zaś po wojnie -
do rodziny Frąckowiaków). Powodem było, że oryginalnie stojąc przy starej drodze
Wszewilek, stodoła ta, oraz dom mieszkalny do jakiej ona przynależała, stały także
przy drodze do młyna na Baryczy. Po wytyczeniu więc nowej drogi, dostęp do
owej stodoły i do domu jej właścicieli ciągle był łatwy jak dawniej. Jego właściciele
nie zmuszeni więc byli do budowy nowego domu i nowej stodoły przy nowej drodze.
Budynki te zapewne wielu starszych mieszkańców Wszewilek ciągle pamięta, bowiem
owa stodała była bardzo stara, zbudowana z gliny w "oryginalnym stylu architektonicznym
Wszewilek" - czyli jako rodzaj glinianej lepianki ze strzechą z sitowia. (Stodoła
ta sąsiadowała z elektrycznym młynem Wszewilek, omawianym powyżej.)
Na dachu owej stodoły od niepamiętnych czasów gnieździły się bociany.
Jednak nawet i ona została rozebrana gdzieś w latach 1980-tych. Wraz z
nią zniknął też ostatni przykład historycznej architektury i zabudowy Wszewilek.
Ciekawe czy mieszkańcy Milicza
i okolic kiedyś zrozumieją, że takie stare budynki i ich wyposażenie są
bezcenne, bowiem reprezentują one ludzką historię. Niemal całkowicie też
poznikały one z powierzchni naszej planety. Kiedy zaś raz one znikną,
nigdy nie będzie już można pokazać jak naprawdę one wyglądały oraz
co znajdowało się na ich wyposażeniu. (Wszakże historyczna rekonstrukcja
nigdy nie jest w stanie pokazać jak naprawdę wyglądał oryginalny obiekt.)
Chociaż więc trudno w nich dzisiaj mieszkać i muszą one zrobić miejsce na
nowe, zamiast być niszczone, powinny one być ostrożnie rozbierane i
przenoszone do muzeów etnicznych. Tam zaś ich oglądanie byłoby wysoce
pouczające. Faktycznie też wiele krajów na świecie podejmuje obecnie
wysiłki aby uratować i zachować to co w nich ciągle się ostało z dawnych czasów.
Przykładowo, koło miasta Kuching na wyspie Borneo, istnieje cała wioska
muzealna zbudowana z takich historycznych budynków i ich wyposażenia.
Żaden z nich nie jest też tam młodzy niż jakieś 100 lat. Turyści zaś z całego
świata czasami odczekują aż po kilka dni aby móc sobie wioskę tą zwiedzić.
Ja byłem jednym z owych turystów i po oglądnięciu owej wioski odszedłem
oczarowany i wstrząśnięty. Jeśli kiedyś wybiorę się jeszcze raz na Borneo,
z całą pewnością odwiedzę tą wioskę ponownie, nawet jeśli przyjdzie mi
czekać kilka dni na wolny bilet.
Koło Wszewilek stoi prastare
grodzisko z którego wyrósł dzisiejszy Milicz. Faktycznie to aż się
prosi aby odbudowano fortyfikacje i przykłady zabudowy tego grodziska,
oraz aby w nim zorganizowano taką właśnie wioskę muzealną.
* * *
W czasach kiedy Wszewilki posiadały własny
ryneczek i karczmę, ów ich centralny plac
stanowił miejsce bardzo słynnych targowisk.
Odbywały się tam cotygodniowe targowiska
produktów rolnych, a także okresowe targowiska
zboża i bydła, oraz sezonowe targowiska
koni. Targowisko koni we Wszewilkach było
tak słynne, że handlarze końmi ściągali do
niego z sąsiednich krajów o z aż tak daleka
jak Pomorze i Czechy. Po celowym zniszczeniu
ryneczku we Wszewilkach, targowiska te
przeniesiono na łąkę przy brzegu Baryczy pod
Miliczem - w miejsce przy obecnej rzeźni milickiej. Tam też przetrwały aż
do końcowych lat 1980-tych. Faktycznie więc ów "spisek przeciwko Wszewilkom"
pozbawił tą wioskę nie tylko jej przeszłości i historii, ale również odebrał jej
kluczowe znaczenie w handlu produktami rolnymi, oraz zrabował jej tradycyjną
rolę głównego zaopatrzeniowca Milicza w żywność.
* * *
Oczywiście, czytając w niniejszym
punkcie, że to UFOnauci uknuli i zrealizowali z żelazną konsekwencją spisek
nastawiony na odebranie Wszewilkom ich przeszłości, czytelnik zapewne się
zastanawia, jakie dowody wskazują że to byli UFOnauci, a nie np. nastawieni
wrogo do Wszewilek ludzie. Jak też się okazuje istnieje całe zatrzęsienie dowodów,
że to NIE mogli być ludzie, a musieli być UFOnauci. Oto niektóre z owych dowodów:
(i) Nieustanne prześladowanie
Wszewilek trwa zbyt długo - rozciąga się bowiem przez ponad 120 lat. Nie
jest więc możliwym aby było realizowane przez ludzi. Wszakże nikt z ludzi nie byłby
w stanie prześladować jednej wsi przez ponad 120 lat. Najstarsze dowody owego
prześladowania które przetrwały do dzisiaj datowane są około 1875 roku, kiedy
to zbudowana została taranująca ryneczek tej wsi linia kolejowa. Zapewne jednak
istniały nawet wcześniejsze prześladowania, na temat których nie przetrwały do
dzisiaj już żadne dowody. Prześladowania te ciągle kontynuowane były zaciekle
po roku 1900-tnym, kiedy nowy młym elektryczny spowodował upadek historycznego
młyna wodnego na Baryczy, oraz po roku 1945 kiedy wybiorczo wymordowani
zostali na Wszewilkach wszyscy autochtoni którzy wiedzieli cokolwiek na temat
przeszłości owej wioski. Ciągle były też prowadzone jeszcze około roku 1990,
kiedy to rozebrana została ostania stodoła ilustrująca oryginalny styl architektoniczny
Wszewilek, oraz kiedy budowa nowych stawów rybnych przy Wszewilkach zniszczyła
pozostałości prastrego młyna wodnego na Baryczy a z nim ostatnie ślady chwalebnej
przeszłości owej wioski.
(ii) Wszystkie akty prześladowań
Wszewilek celowo zorganizowane zostały w taki sposób aby wyglądały one jak przypadki,
niekorzystne zbiegi okoliczności, czy naturalny bieg wydarzeń. Tymczasem jeśli
prześledzi się szatańskie metody działania UFOnautów na Ziemi, co uczyniono np.
na stronach internetowych o
obsuwiskach ziemi,
26tym dniu,
WTC,
huraganach, czy
ludobójstwie,
wówczas się okazuje że to właśnie UFOnauci działają wyłącznie metodami które są
tak trudne do wykrycia przez ludzi, że zwykle uważane są właśnie za przypadki,
zbiegi okoliczności, wydarzenia losowe, itp. - czyli za wszystko inne tylko nie za
celowe niszczenie przez UFOnautów.
(iii) Wszystkie niszczycielskie
zdarzenia dotykające Wszewilki przytrafiały się w tak dziwny sposób, że zawsze
niszczyły one naszą wiedzę na temat przeszłości owej wioski. Gdyby zaś
zdarzenia te naprawdę wywoływane były przez przypadki, a nie były jedynie tak
zmyślnie zaprojektowane przez UFOnautów, ich niszczenie musiałoby być również
przypadkowe. Wówczas za każdym razem niszczyłyby przypadkowo coś zupełnie
innego. Tymczasem w przypadku Wszewilek zawsze niszczona była wiedza o
przeszłości. To zaś oznacza, że ukrywa się za nimi ktoś szatańsko przebiegły,
czyli diaboliczni UFOnauci, którzy używają je jako skutecznego sposobu dopięcia
swojego celu.
(iv) Wymazywanie śladów
historii Wszewilek jest konsystentne z identycznym wymazywaniem naszej
wiedzy na temat historii ludzkości oraz historii wszelkich innych istotnych miejsc na Ziemi.
Przykładowo, porównaj wiedzę jaką obecnie posiadamy na temat przeszłości
Wszewilek, z wiedzą jaką posiadamy np. na temat
pochodzenia człowieka,
albo faktycznej historii ludzkości (faktyczna h